Żelazny punkt widzenia

Angielska dominacja

Posted in AKTUALNOŚCI, REPORTAŻE by zelaznypunktwidzenia on Czerwiec 21, 2009

Ten tekst napisaliśmy z Wawrzynkiem przed zeszłorocznym finałem LM między Chelsea a Man Utd. Temat – angielska dominacja w Europie. Fakt, że w tegorocznej LM wygrała Barca nie zmienia nic a nic tego, że Premiership totalnie zdominowała europejski futbol. A tak naprawdę nie Premiership tylko cztery czołowe kluby – Manchester, Arsenal, Chelsea i Liverpool. Także temat jest w dalszym ciąagu absolutnie aktualny. Zapraszam do lektury.

Czy na pewno tylko przez pieniądze?

Dwa angielskie kluby w finale Ligi Mistrzów to nie przypadek. Premier League zdominowała europejski futbol I nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się w najbliższym czasie zmienić. Przepaść między ligą angielską a włoską Serie A czy hiszpańską Primera Division powoli się powiększa. Co powoduje, że to właśnie Premier League jest najlepsza i tak dominująca?

Wartość pieniądza

- Odpowiedź na wasze pytanie jest bardzo prosta. Nie ma tu sensu szukać podtekstów. Pieniądze i nic więcej. Nasze kluby wykładają najwięcej na transfery, a przede wszystkim stać je na niesamowicie wysokie pensje – wypala na dzień dobry Paul Parker. 19-krotny reprezentant Anglii, dziś komentator w telewizji Setanta. Spotkał się z nami w kawiarni w centrum Londynu, zaraz przy Picadilly Circus.

Zgadza się z nim Tony Cascarino. Felietonista Timesa, w przeszłości 86-krotny reprezentant Irlandii. Napastnika Chelsea, Fulham i Olympique Marsylia odwiedziliśmy go w Chislehurst, na przedmieściach Londynu. Cascarino słynie z ciętego języka, dlatego telewizje chętnie zapraszają go jako eksperta. Kiedyś powiedział o ówczesnym selekcjonerze reprezentacji Anglii, Glennie Hoddle’u: “To najbardziej zakochany w sobie facet na świecie. Gdyby był lodem zalizałby się na śmierć”. Cascarino co chwila się unosi, żartuje, gestykuluje. Tak bardzo, że kończy się rozlaną kawą i zmianą stolika.

– Angielskie kluby mają najlepszy marketing, spróbujcie w dniu meczu kupić na Old Trafford koszulkę w oficjalnym sklepie. Kolejka ciągnie się kilkanaście metrów na zewnątrz. Angielska liga ma też najlepszą oglądalność, najbogatszych sponsorów, a najsilniejsze kluby właścicieli miliarderów – wylicza Cascarino. – Zarobki w Anglii są zdecydowanie najwyższe. We Włoszech, czy Hiszpanii kilku czołowych zawodników zarabia fantastyczne pieniądze. W takiej Cheslea możesz być człowiekiem numer 16 i wciąż dostajesz takie pieniądze, o jakich na Kontynencie mogą tylko pomarzyć.

– Myślę, że nie można sprowadzać wszystkiego do finansów. Chodzi także o ducha i tradycje – protestuje Pini Zahavi. “Superagent” z Izraela menedżer m.in. Rio Ferdinanda czy Ashleya Cole’a, to on pośredniczył w zakupie Chelsea Londyn przez Romana Abramowicza. – Ten kraj jest całkowicie zwariowany na punkcie futbolu. Kibicowanie danej drużynie jest naturalną rzeczą. Ojciec bierze syna po raz pierwszy na mecz, gdy ten ma trzy, cztery lata. Wychowuje go na kibica, i to lojalnego – mówi Przeglądowi Sportowemu Zahavi. – Tutaj nawet finał Pucharu Anglii pomiędzy Cardiff a Portsmouth wzbudza ogromne zainteresowanie. Byłem w sobotę na Wembley i nie było ani jednego wolnego miejsca. We Włoszech na finał miedzy drużyną środka tabeli, a niemalże spadkowiczem z drugiej ligi przyszłoby może 10 tysięcy osób. W Anglii nie dość, że Wembley pękało w szwach, to jeszcze na całym świecie mecz oglądało pół miliarda osób w telewizji. Angielska piłka jest jak magnes.

Zahavi uderza w romantyczne tony, ale to twardy binesmen. Dopiero po chwili przechodzi do sedna sprawy. – Biznes widzi to niesamowite zaangażowanie ludzi w angielską piłkę. To dlatego, każdy chce się reklamować przed telewizyjną transmisją meczu, albo na koszulkach. Kibice w Anglii to bowiem fantastyczni klienci – puentuje Izraelczyk.

Telewizja płaci

To właśnie rekordowa umowa ze stacją telewizyjną Sky Sports sprawiła, że kluby angielskie są dziś najbogatsze na świecie. Każdy kolejny kontrakt był wyższy od poprzedniego, ale ten najnowszy został wywindowany do niebotycznych rozmiarów. Za wszystkie prawa w latach 2007-2010 stacje telewizyjne, Sky i Setanta zapłaciły 1,7 miliada funtów. Część praw wykupiły też inne telewizje. Pierwszy raz tak ogromne pieniądze pojawiły się w angielskiej piłce w 1992 roku, kiedy stacja telewizyjna BSkyB zapłaciła za pięcioletnie prawa do pokazywania Premiership 100 milionów funtów.

Nigdy jednak nie było tak, że angielskie kluby zadowalały się dostawanymi pieniędzmi i je przejadały. Od 92 roku kluby zainwestowały w infrastrukturę aż 1,7 miliarda funtów! Podczas, gdy na przykład we Włoszech kluby wciąż grają na starych (wybudowanych na mistrzostwa świata w 1990 roku) stadionach. – Za sam fakt bycia w Premiership, czyli załapania się do podziału pieniędzy z telewizyjnych kontraktów, dostaje się około 60 milionów funtów. Oczywiście im lepiej danemu klubowi idzie i im częściej pokazuje go telewizja, tym więcej dostaje pieniędzy – mówi dziennikarz „The Times” Tom Dart. – A do tego dochodzą przecież jeszcze indywidualne umowy ze sponsorami, z producentami strojów itd. Najgorszy zespół Premiership zarabia jakieś 40 milionów funtów. A nawet jak spadnie, to przez trzy sezony dostaje po 12 milionów funtów rekompensaty. 12 milionów funtów, to jakieś 54 miliony złotych. Dla porównania budżet mistrza Polski w przyszłym sezonie nieznacznie przekroczy 30 milionów złotych.

– Popatrzcie na naszą drugą ligę, czyli Championship – mówi Cascarino. – Tam krążą pieniądze porównywalne z tymi we francuskiej Ligue 1. To dlatego zespoły Championship mogą brać czołowych piłkarzy z takich krajów jak chociażby Polska. Pieniądz robi pieniądz Wielkie pieniądze w angielskiej piłce stały się magnesem dla… najbogatszych ludzi świata. Można nawet odnieść wrażenie, że posiadanie zespołu Premiership stało się modą i jest w dobrym tonie.

– O tak! Wielu ludzi marzy o tym, by być właścicielem klubu Premier League – śmieje się Zahavi. Dlaczego tak bardzo najbogatsi ludzie świata garną się do ligi angielskiej? – Z bardzo prostego powodu. Na tym biznesie po prostu nie można stracić – odpowiada Zahavi. Dziwnie brzmią te słowa, kiedy słyszy się ile Abramowicz wydał na zakup kolejnych gwiazdorów do Chelsea, gdy czyta się o długach Manchesteru United, czy Liverpoolu. – Jasne. Abramowicz na razie traci, nie da się ukryć – przyznaje Zahavi. Ale za chwilę mówi ze śmiechem: – Zapewniam was jednak, że już niedługo zbilansuje wydatki. Przejrzy księgi, dokona kilku korekt. Klub to inwestycja długofalowa. Roman to bardzo dobry biznesmen i odzyska swoje pieniądze, możecie być spokojni.

- Nad tym, by się zgadzały cyferki siedzą sztaby księgowych. Mówimy o najbogatszych ludziach na świecie, nie możemy na nich patrzeć tylko poprzez pryzmat klubów Premiership – dodaje Cascarino. – Prasa pisze, że Abramowicz stracił na Chelsea 100 milionów funtów, ale wystarczy, że gdzieś na Kaukazie kupi nowe złoże gazu, albo ropy i już zarobił 300. Poza tym angielskie kluby są jak obrazy Van Gogha. Z czasem zyskują na wartości. Dziś jest wart 50 milionów, jutro 100. W 1997 roku pewien milioner chciał kupić Manchester United za 11 milionów funtów. Ostatecznie mu się nie udało. Dziesięć lat później Malcolm Glazer zapłacił za United 670 milionów. Minie następna dekada sukcesów i triumfów i Manchester wart będzie 2 miliardy. I Glazer za tyle może go sprzedać. Ile zarobi na czysto? Nie wszyscy są jednak Abramowiczami.

Nie każdego tak po prostu stać na kupno klubu Premiership. Na pewno nie było stać na Liverpool duetu amerykańskich milionerów Georga Hicksa i Toma Gilleta. – Oni wykupili klub za jego pieniądze. Wpędzili klub w dług, by go kupić. Działało to mniej więcej tak – tłumaczy Tom Dart. – Powołali do życia nową firmę. Nazwali ją Kop Holding Ltd. Pożyczyli 500 milionów funtów od banku. Spłacają teraz 20 milionów rocznie. Skąd biorą pieniądze? Jak to skąd? Są właścicielami klubu więc oczywiście z przychodu który generuje Liverpool. Zahavi doskonale pamięta, jak wielkie oburzenie wywołał w Anglii fakt, że właścicielem klubu z Londynu został Rosjanin. – Pamiętam jak ówczesny prezes Arsenalu David Dein mówił, że oto pojawiły się rosyjskie czołgi strzelające pieniędzmi. Dziś pan Dein wszedł w spółkę z innym Rosjaninem, Osmanowem i razem są właścicielami Arsenalu. To tylko pokazuje, że liczą się wyłącznie cyferki – mówi Zahavi.– Jestem pewien, że już niedługo właścicielami wszystkich klubów Premiership będą zagraniczni miliarderzy. Rosjanie na pewno stanowić będą znaczną ich część. Ten naród traktuje Anglię, a przede wszystkim Londyn w specjalny sposób. Coś symbolicznego jest w tym, że pierwszy w historii wewnątrzangielski finał Ligi Mistrzów odbędzie się w Moskwie.

Koniec splendid isolation

To właśnie dzięki ogromnym sumom krążącym w angielskim futbolu, Premiership stała się najbardziej międzynarodową ligą na świecie. Dziś tylko 37 procent piłkarzy w Premier League to Anglicy. Coś, co jeszcze 10 lat temu wydawało się niemożliwe, czyli mecz na Wyspach bez udziału wyspiarzy, dziś już nikogo nie dziwi.

– Napływ obcokrajowców niesamowicie zmienił ligę – mówi dziennikarz Timesa. – Dzięki temu powstał nowy styl. To kolejny powód dominacji angielskiej piłki. Zespoły z Kontynentu po prostu sobie z naszymi klubami nie radzą. Technikę i umiejętności przybyszów z kontynentu uzupełniają tradycyjnie brytyjska waleczność, szybkość i zawziętość.

- Nazwijmy ten styl kosmopolitycznym – żartuje Cascarino. – Wpływ zagranicznych piłkarzy a przede wszystkim zagranicznych menedżerów jest trudny do przeceniania Jednym z naocznych świadków zmian w angielskim futbolu jest legendarny stoper Arsenalu i reprezentacji Anglii, Tony Adams. W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Adams wspomina: – Zawsze na rozgrzewkach biegałem gdzieś z tyłu. Najczęściej z Ray?em Parlourem, Stevem Bouldem czy Paulem Mersonem. Nagle zaczęliśmy sobie zdawać sprawę z tego, że przed nami biegają głównie obcokrajowcy: Duńczyk, Holendrzy, Francuzi. To były bardzo ciekawe czasy. Wygrywaliśmy i uczyliśmy się od siebie nawzajem.

Adams dziś jest właścicielem kliniki leczącej znanych ludzi z choroby alkoholowej, w którą zresztą wpadł w czasie swojej kariery. – To był właściwie klub pijaków. Niemal po każdym treningu ludzie z Arsenalu szli się napić. To był ich sposób na skonsolidowanie drużyny. Nie ma co się zresztą dziwić. To kwestia brytyjskiej tradycji, zresztą z tego co mi wiadomo, także polskiej. Nic tak nie integruje jak wspólnie się upić – śmieje się Dart biorąc łyka Guinessa. – Wielu z nich, także Adams, przepłaciło to chorobą alkoholową. Nagle nie mieli już z kim wychodzić. W klubie było coraz więcej zagranicznych piłkarzy, którzy po treningu szli jak najszybciej do domu.

Poza tym poajwił się Arsene Wenger. To prawdziwy pionier nowoczesnego brytyjskiego futbolu. Można go śmiało nazwać człowiekiem, który zrewolucjonizował Premiership. To on jako pierwszy wprowadził specjalną dietę dla piłkarzy, to on skutecznie pomieszał obcokrajowców z Anglikami. W tamtych czasach grał też Cascarino. – Potrafiliśmy i lubiliśmy się napić – uśmiecha się Irlandczyk. – Ale nigdy nie było tak, że nie przychodziliśmy na trening, albo przechodziliśmy koło zajęć. Zaciskało się zęby i trenowało na kacu. – Myślę, że właśnie dlatego Anglicy nie radzili sobie na kontynencie. My lubimy być razem, pójść na piwo po treningu, pogadać. A ludzie z kontynentu, Włosi czy Hiszpanie, to indywidualiści.

– Myślę, że to największy problem – mówi nam Mark Hatley, 35-krotny reprezentant Anglii, były zawodnik m.in. AC Milan czy Monaco. Angielscy piłkarze doznawali szoku wyjeżdżając do Europy. Tak było z Cascarino, który w połowie lat 90-tych przeszedł do Olympique Marsylia. – Tam po raz pierwszy spotkałem się z czymś takim jak dieta przeznaczona dla piłkarzy. Lekkie, kontynentalne, lunche. Wtedy też się zorientowałem, że we Francji po treningu nie idzie się całą bandą na piwo. W pewnym momencie zacząłem słuchać tego, co mówili moi francuscy koledzy i trenerzy. Zacząłem się rozważnie odżywiać, mniej pić i nagle poczułem, że osiągam formę życia. Stałem się po prostu lepszym piłkarzem.

Cascarino do dziś z rozbawieniem wspomina swój debiut w Premiership w barwach Gillingham. – Przed meczem byłem cholernie głodny. Wiadomo, że nie można się obżerać przed spotkaniem, ale nie mogłem wytrzymać. I tak nie liczyłem na to, że zagram, bo od jakiegoś czasu łapałem się do kadry, ale całe mecze przesiadywałem na ławce. Wyskoczyłem więc do baru na fish and chips. Obżarłem się straszliwie. Siedziałem na ławce i zaczęło mnie mdlić. Było mi strasznie niedobrze. Nagle dostałem sygnał, że mam wejść na boisko. W tym wszystkim najlepsze jest to, że jeszcze udało mi się strzelić gola.

Co ciekawe, jednak nawet wtedy Anglicy byli przekonani, że mają najlepszą ligę na świecie: – Tak naprawdę to kwestia ta nie podlegała nigdy dyskusji – mówi Dart. – Jesteśmy bardzo aroganckim narodem. Mniej niż sto lat temu w skład Imperium brytyjskiego wchodziło niemal trzy czwarte świata. Nam się zawsze wydawało, że wszystko co angielskie, jest lepsze. Termin splendid isolation oznacza taką postawę życiową, że świadomie odrzucało się wszystko co niebrytyjskie. Podobnie było w futbolu. Wystarczy spojrzeć jak późno angielskie kluby zaczęły rywalizować z europejskimi w rozgrywkach pucharowych. Jak późno nasza reprezentacja wzięła udział w mistrzostwach świata. Wówczas w Anglii panowało myślenie, że my ojcowie i wynalazcy futbolu, nie mamy czego szukać w konfrontacjach z Europejczykami. Tymczasem futbol na kontynencie niesamowicie się rozwinął i gdy w końcu zaczęliśmy grać z resztą świata dostawaliśmy straszne baty. U nas wciąż grało się jak w pod koniec XIX wieku, a w Europie ten sport bardziej już przypominał dzisiejszą odmianę futbolu.

Co to znaczy brytyjski?

Dziś to Premiership wyznacza najnowsze trendy w europejskim futbolu. Trzy czwarte zawodników to obcokrajowcy, także większość menedżerów pochodzi z importu. Wydaje się jednak, że kibice tęsknią za starym dobrym brytyjskim futbolem. Cały czas wywlaczenie przez drużynę rzutu rożnego wywołuje brawa i okrzyki. Podobnie jak wślizg na granicy faulu.

- Jasne, że fani wciąż uwielbiają twardą grę. Gdy jeden piłkarz przecina rywala niemal na pół. Ale i to się zmienia. Po tym jak Martin Taylor niemal urwał nogę Eduardo w Anglii rozpoczęła się wielka debata – odpowiada Dart. – Pytano, czy dla takich tradycyjnie brytyjskich bandytów jest jeszcze miejsce w nowoczesnej piłce. Co ciekawe natychmiast w obrobnie starej dobrej szkoły wystąpiło kilku zawodników z przeszłości. Norman Hunter z Leeds, czy Ron Harris z Cheslea mówili, że w dzisiejszych czasach zostaliby wyrzuceni z boiska już po pięciu minutach. Coraz trudniej być typowo brytyjskim zawodnikiem w angielskiej lidze.

Tak samo jest z tradycyjnie angielskim stylem gry – zwanym kick and rush (kopnij i biegnij). – Nie da się już tej ligi wygrać grając kick and rush – mówi Cascarino. – Dzisiaj w Premier League zdecydowanie bardziej liczą się umiejętności, technika. – Mógłbym zrobić dwa osobne treningi. Na jednym boisku umieściłbym wyspiarzy, na drugim przybyszów z kontynentu – mówi trener Celticu Glasgow, Gordon Starachan, w przeszłości zawodnik Manchesteru United i Coventry. – Na tym pierwszym wszystko działoby się szybciej i aż by furczało. My Brytyjczycy jesteśmy bardzo szybcy. Szybko jemy, szybko mówimy, szybko jeździmy i szybko wydajemy pieniądze – mówi Starachan żywo gestykulując i wydając z siebie dziwne dźwięki. – Chcemy szybkich akcji, chcemy goli. Dlatego podajemy szybko piłkę do przodu, od razu w pole karne przeciwnika. A tacy Hiszpanie? Oni nawet jedzą dwie godziny. A mecz? Podają sobie tę piłkę, ja do ciebie, ty do mnie. Świeci słońce, jest cudownie. U nas jest zimno, cały czas pada, wszędzie leży błoto. Dlatego wszystko się dzieje szybko.

Ale brytysjki styl przestaje istnieć. – Nie wiadomo co znaczy termin brytyjski. Popatrzcie na Londyn. Tu mamy cały świat w pigułce. Ludzie wszystkich ras i religii. Sklepy z szyldami po arabsku, czy polsku mieszają się z tradycyjnymi angielskimi pubami. Cały naród przechodzi przez kryzys tożsamości, a co dopiero futbol – zastanawia się Dart.

Quo Vadis Premiership?

Dominacja pieniądza i zagranicznych piłkarzy przyniosła angielskiej piłce klubowej wielkie sukcesy. Dzisiejszy wewnątrzangielski finał Ligi Mistrzów jest tego najlepszym potwierdzeniem. Czy przepaść między Premiership, a resztą świata będzie się powiększać? – Premiership patrzy w kierunku Ameryki i się uczy. W Stanach to norma, że właścicielami klubów NBA, czy NHL są miliarderzy. Oni wyprzedzają Europę o 20 lat, chcesz wiedzieć jak będzie zorganizowana piłka u nas za jakiś czas, zobacz jak teraz jest w Stanach – mówi Cascarino.

– Niedawno w Londynie mieliśmy mecz NHL, co roku gwiazdy NBA grają w Azji. To ewidentnie przyszłość Premiership. Następny krok, który trzeba wykonać – stwierdza Dart. – To się stanie bardzo niedługo. Azjaci uwielbiają brytyjską kulturę: Beatlesów, Bonda i angielską piłkę. To ogromny rynek do spenetrowania. Rozgrywanie meczów ligowych w Azji jest kwestią kilku lat. Nie wszyscy jednak dają się ponieśc hurraoptymizowi.

- Czy Premier Legue jest najlepszą ligą Europy? Nie. Jest nudna i przywidywalna. Mogę już dziś powiedzieć, że za rok pierwsze cztery miejsca zajmą dokładnie te same zespoły. Być może nawet w tej samej kolejności – mówi Paul Parker. – Idziemy w kierunku ligi szkockiej, czy portugalskiej. Zdominowanej przez trzy-cztery zespoły, a reszta stanowi tylko tło. Przestało się liczyć miejsce jakie zespół zajmie w tabeli, liczą się tylko pieniądze. Jak któryś z zespołów osiągnie te magiczne 40 punktów, które zapewniają utrzymanie, przestaje grać. Po co się wysilać, jak 60 milionów na przyszły sezon jest już zapewnione? Zespoły środka tabeli w ogóle się nie wysilają w meczach z czołową czwórką. Menedżer Sheffield United w zeszłym sezonie oszędzał swoich najlepszych pilkarzy podczas meczu z Manchesterem. Od razu założył porażkę i chciał mieć wypoczętych piłkarzy na mecz z Wigan, czy Boltonem, z którymi walczył o utrzymanie. Za moich czasów nie było ważniejszej rzeczy niż pokonać United na Old Trafford. Co gorsza napływ zagranicznych piłkarzy i presja sukcesów powoduje, że w ogóle nie grają młodzi Anglicy. Po co szkolić Anglika, jak można sprowadzić za kilka milionów funtów Włocha, czy Francuza. Gotowego do gry. Widzicie co się dzieje z naszą reprezentacją? Znacie chociaż jednego dobrego angielskiego trenera?

– Starałem się o pracę w Holandii – wspomina Tony Adams. – Od razu usłyszałem jednak, że nie mam a co liczyć, bo mam złą narodowść wbitą do paszportu. Angielskich trenerów dziś nikt na świecie nie szanuje.

– Ludzie siedzą przed telewizorem i słyszą jak komentatorzy pieją z zachwytu nad najlepszą ligą świata. Potem kupują gazetą i czytają to samo. Mało kogo stać na to , by powiedzieć, że ta liga jest nudna – z goryczą mówi Parker. – Ale kryzys przyjdzie prędzej czy później. Telewizje się zorientują, że sprzedają przereklamowany produkt. Ligę, gdzie nie ma walki. Nic się nie dzieje. Wtedy powiedzą: stop. Więcej pieniędzy już nie damy. I to będzie początek końca.

- Nie przesadzajmy. Glasgow Rangers od lat gra z Celticem I Szkotom to się nie znudziło. Na mecze przychodzi jeszcze więcej ludzi, oba kluby są coraz bogatsze. Dlaczego nam miałaby się znudzić nasza liga? – odpiera Cascarino.

Jaka więc przyszłość czeka Premiership? Totalna komercjalizacja, czy kryzys? Trudno zgadywać. Na razie na pewno wiadomo, że dziś po Puchar Mistrzów śięgnie angielska drużyna.

Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny z Anglii

Matusiak czyli piłkarz upadły

Posted in REPORTAŻE by zelaznypunktwidzenia on Czerwiec 18, 2009

Ten tekst zrobiliśmy z Markiem Wawrzynowskim niedługo po tym, jak Matusiak ogłosił wszem i wobec, że kończy karierę. Zresztą w tym samym tekście, co chlernie łatwo sprawdzić, napisaliśmy, że prawdopodobnie niedługo tę karierę wznowi. I wznowił, ale tak jak by tego nie zrobił. W Widzewie więcej grał w rezerwach, niż w pierwszym składzie.

Nie wiem co teraz z Radkiem – który jest cholernie, szczególnie jak na warunki pilkarskie, inteligentnym facetem. Czy wróci do piłki, czy ktoś się skusi na faceta po takich przejściach. Jedno jest pewne – chłopak zupełnie nie miał głowy do piłki. A naprawdę w pewnym momencie wydawał się postacią z zupełnie innej półki, niż reszta ligowców. Szkoda go, naprawdę szkoda.

- Kim ty w ogóle jesteś, co? Ile ty masz na koncie? Jesteś zwykły golas. Jeszcze raz napiszesz o mnie nieprawdę, to zacznij się oglądać za siebie….

- A wie pan, że na Malediwach trochę zmienił mi się gust. Białe wino, dobrze schłodzone, w równikowym klimacie nie jest złe. Dotychczas piłem tylko czerwone.
- Nie oczerniaj mnie przed kolegami i nie psuj atmosfery. Radzę ci dobrze. Uważaj na siebie. Spotkamy się wiesz gdzie.
- Teraz należy inwestować w akcje firm, które dopiero wchodzą na giełdę. Debiuty są naprawdę korzystne. Nie pamiętam, kiedy ostatnio na nich bym stracił.
Te złote myśli wbrew pozorom nie pochodzą od różnych osób, ale jednej. Wszystkie padły z ust Radosława Matusiaka. Piłkarza, który w wieku 24 lat nagle znalazł się na samym szczycie, by boleśnie z niego spaść. Kilka tygodni temu trochę bez echa przeszła po Polsce wiadomość o zakończeniu przez Matusiaka kariery. Skutecznie została zagłuszona przez lwowskie incydenty i atmosferę w kadrze. Tymczasem Matusiak jeszcze kilkanaście miesięcy temu był na ustach wszystkich.
Cytaty o winach i o giełdzie pochodzą z końca 2006 roku, gdy napastnik reprezentacji znajdował się na ustach wszystkich kibiców w Polsce, a jego twarz zdobiła okładki pism wcale nie tylko o tematyce sportowej. Pozostałe to czasy nieco nowsze. Pierwszy pochodzi sprzed kilkunastu tygodni, kiedy Matusiak sam zadzwonił do dziennikarza Przeglądu Sportowego, który po wizycie w Heerenveen śmiał napisać, że Polak wyraźnie odstaje od reszty zespołu, że brak mu dynamiki, a piłka mu tylko przeszkadza… Kilka dni po tym telefonie, nowy szkoleniowiec fryzyjskiego klubu, Trond Sollied zapowiedział, ze nie widzi Matusiaka w szerokiej kadrze. To właśnie po tej wiadomości niedawny idol wszystkich rzucił karty na stół i powiedział pas. Cytat o oczernianiu przed kolegami pochodzi z kolei z maja tego roku, kiedy dziennikarz Rzeczpospolitej napisał, że napastnikowi jako jedynemu z całej ekipy 26 piłkarzy przygotowujących się do Euro 2008 nie podobają się warunki na zgrupowaniu w Donaueschingen. Matusiak wygrażał dziennikarzowi swoją twarz trzymając niemal 5 centymetrów od twarzy żurnalisty i zaciskając pięści. Zachowanie raczej w stylu osobnika noszącego dres i pijącego piwo na osiedlowej ławce, a nie uchodzącego za jednego z najbardziej inteligentnych piłkarzy naszych czasów miłośnika win i papierów wartościowych. Kilka dni po tym incydencie Leo Beenhakker ogłosił 23-osobową kadrę na Euro. Jak wszyscy pamiętają Matusiak się w niej nie znalazł…

Kim jest Matusiak? Czy to faktycznie fatalnie zmarnowany wielki talent, a może po prostu ten człowiek miał swoje pięć minut i… nic ponad to? Pięć minut, które w dodatku fantastycznie wykorzystał?
Jego talent eksplodował w 2006 roku, gdy był zawodnikiem Bełchatowa. Nagle, wcześniej dość przeciętny i niespecjalnie wyróżniający się piłkarz, który zdążył zwiedzić już ŁKS, Szczakowiankę Jaworzno i Wisłę Płock, zaczął co i rusz strzelać bramki. I to naprawdę ładne, poprzedzone często indywidualnymi akcjami i efektownymi dryblingami. W rundzie rewanżowej sezonu 2005/06 z 9 trafieniami został najskuteczniejszym zawodnikiem wiosny. Co poniektórzy nawet próbowali domagać się włączenia Matusiaka do kadry na mistrzostwa świata w Niemczech, ale były to jednak próby dość nieśmiałe. Zaczął udzielać pierwszych wywiadów, i zaroiło się aż od spekulacji na temat możliwego transferu do Wisły, albo Legii. To jednak było tylko preludium do tego, co miało nastąpić za kilka miesięcy.
Jesienią Matusiak grał jeszcze lepiej. Został powołany do kadry Beenhakkera (swoją drogą niech sobie wszyscy przypomną te zachwyty nad Holendrem, że tak odważnie stawia na polskich ligowców). W pierwszym meczu – przeciwko Serbii – zdobył bramkę. Następnie w listopadzie zapewnił nam zwycięstwo 1:0 z Belgią na wyjeździe. Akcja, gdy przepchnął wartego 10 milionów euro obrońcę Bayernu Monachium, Daniela van Buytena, weszła na stałe do kanonu polskiej piłki.
Mniej więcej wtedy zaczął się szał. – To była naprawdę Matusiakomania. Radek przestał być Radkiem, a zaczął być RadoMatu, albo Matugolem. W szczerych wywiadach opowiedział o tym, jak wyrwał się z domu i balował w Krakowie podczas epizodu w Szczakowiance Jaworzono, czy w Płocku. Nie mam pojęcia po co to zrobił – zastanawia się przyjaciel rodziny Matusiaków i jeden z pierwszych trenerów Radka, jeszcze z czasów SMS Łódź, Mirosław Dawidowski. – Może chciał się pochwalić jaki z niego kozak, może doradził mu tak jakiś spec od wizerunku? Nie wiem. Mówiłem mu już wtedy, że przesadza z tym pokazywaniem się w mediach. Gotował w programach kulinarnych, pokazywał się z żoną w innych.
W miernej polskiej lidze brakowało prawdziwych idoli, a Matusiak idealnie nadawał się do
takiej roli. Inteligentny, elokwentny, mający ciekawe zainteresowania, do tego twarz modela. Media przesadziły, ale piłkarz na to pozwolił, a nawet temu podsycaniu zainteresowania własną osobą pomagał. Gdy zimą 2006 roku pojechał z rodziną na urlop na Malediwy sam przysyłał do kilku redakcji zdjęcia.
- Patrzyłem na te wszystkie wywiady i programy w kolejnych telewizjach i przede wszystkim mu jednak współczułem. Nigdy bym nie chciał aż tak odsłonić swojej prywatności – mówi dziś Vahan Gevorgyan, kolega Matusiaka z czasów gry w Wiśle Płock. – Chociaż widać było, że on to lubi. Dziś jednak płaci za to cenę. Wszyscy klepali go po ramieniu, gdy dobrze mu szło, teraz został sam.
Napastnik Bełchatowa szczególnie chętnie opowiadał o swoich hobby, czyli graniu na giełdzie i winie. Zaczął uchodzić za eksperta w kwestii tego trunku, a warszawskiej giełdzie dał nawet – oczywiście nie za darmo – twarz. Gram na boisku, inwestuje na giełdzie głosił slogan, a całostronicowa reklama pojawiała się w wielu pismach. Wszystkie rozmowy z Matusiakiem w pewnym momencie zaczęły przybierać nieco groteskowy charakter, podobnie jak zabawa tytułami. – Akcje nadal w górę, to z Przeglądu Sportowego z 17 listopada 2006. Wywiad ilustrują zdjęcia z kieliszkiem wina, a także jak fachowo ogląda butelkę. – Moje akcje stoją już wysoko, ale jeszcze wzrosną. Kiedy najlepiej je sprzedać? Proponowałbym przetrzymać jeszcze kilka lat – odpowiada Matusiak na pytanie o transfer.
W tej chwili przedsiębiorstwo Matusiak jest bliskie plajty, a chętnych na akcje trzeba by szukać ze świeczką
I dalej w tym samym stylu. Pytany o szanse na awans reprezentacji na Euro 2008 odpowiadał zachowując konwencję: – Umiarkowanie, ale z tendencją wzrostową.
Chętnie opowiadał o dwudniowych wypadach do Paryża, których zaniechał, gdy pogoda się popsuła, bo wówczas Paryż „stracił nieco na uroku”. Trzeba jednak wiedzieć, że Matusiak bardzo bogato się ożenił. Jego teść jest właścicielem prężnej firmy budowlanej.
- Umówmy się, że Radek nie był ekspertem giełdowym. Podobnie z tymi winami. Jego teść to prawdziwy pasjonat, a Radek owszem jakąś tam książkę przeczytał o tym, ale to wszystko – mówi Dawidowski.
Jego zainteresowanie giełdą pochodzi z czasów gry w Wiśle Płock, gdzie bakcylem zaraził się od Dariusza Gęsiora. – Radek dowiedział się, że gram na giełdzie i kilka razy wziąłem go do domu, gdzie przy kawie tłumaczyłem mu pewne zasady. Wtedy nie miałem jeszcze laptopa więc indeksy musiałem sprawdzać na komputerze stacjonarnym. To były dobre czasy, bo właśnie zaczynała się hossa i zarabiało się niemal na wszystkim. Z drugiej strony grania na giełdzie nie można się nauczyć jak nie ma spadków – wspomina Gęsior. – Pamiętam doskonale czasy Matusiakomanii, czytałem te jego wywiady o giełdzie. Prawda jest taka, że Radek chyba nie do końca chciał, aby tak go przedstawiano, ale machina ruszyła. Nie ma ekspertów od giełdy. Tamte wywiady były oczywiście głównie w pismach sportowych i ocierały się tylko o tematykę finansów. To normalne, że bierze się różne znane osobistości, by opowiadały o swoim hobby. A Radek był na fali, strzelił kilka bramek w reprezentacji, na pewno spopularyzował giełdę.
- Matusiak zrobił jedną niezwykle ważną rzecz – opowiada jego kolega z czasów gry w juniorskiej reprezentacji Polski, Sebastian Mila. – Udało mu się zmienić wizerunek piłkarza. Spójrzmy prawdzie w oczy, w Polsce wszyscy traktują ludzi zawodowo kopiących piłkę jako półgłówków. Tymczasem pojawił się Radek, który nie dość, że świetnie wyglądał, to umiał się jeszcze inteligentnie wypowiadać i ciekawie opowiadać o swoich pasjach. Mnie wcale nie dziwi, że media go pokochały, a on polubił być gwiazdą.
W pewnym momencie sytuacja zaczęła się chyba jednak wymykać spod kontroli. Zimą 2006 roku – w szczytowym momencie Matusiakomanii – W prasie pojawiały się absurdalne informacje, że Radek miałby zastąpić Arunę Dindane w Lens, Arunę Kone w PSV Eindhoven czy Milana Barosa w Aston Villi Birmingham – zawodników, do klasy których nigdy nawet się nie zbliżył. Polaka przymierzano do połowy europejskich klubów. Sam piłkarz też coraz rzadziej stąpał po ziemi. PS z 22 grudnia 2006 roku: Menedżerowie wyceniają pana najwyżej na 1,2 miliona euro. – To niech może zajmą się czymś innym, bo to kiepska wycena. Najwyższy czas, by polscy piłkarze zaczęli się cenić. Jeśli mój klub i ja nie  otrzymamy dobrej oferty, zostaję w Bełchatowie – oświadczył.
Jego wątpliwości były uzasadnione, bo walka menedżerów o Matusiaka była  naprawdę brudna. Jeden z nich wysłał do Bełchatowa faksem sfabrykowaną ofertę z Tottenhamu Hotspur Londyn. Tylko po to, by zademonstrować swoje nieograniczone możliwości. Ostatecznie Radek poszedł za 1,7 miliona euro do włoskiego Palermo, zespołu, który w momencie jego transferu zajmował czwarte miejsce w jednej z najsilniejszych lig świata – Serie A.

Od początku operacja była dość ryzykowna. Matusiak niemal prosto z wspomnianych Malediwów pojechał do będącej w pełni sezonu drużyny. Wielu było wątpiących, bo zimowe przeprowadzki rodzimych gwiazd niemal nigdy nie  kończyły się happy-endem. – Radek trafił przede wszystkim na zupełnie inny styl treningu – analizuje przyczyny niepowodzenia Matusiaka, jego kolega z płockiej Wisły, Maciej Terlecki. Dziś trener Milanu Milanówek i współpracownik Przeglądu Sportowego. – Szkoleniowiec Francesco Guidolin preferuje bardzo ciężkie, mocne, interwałowe treningi. U nas nikt tak nie prowadzi zajęć, a już Orest Lenczyk, z którym przed przeprowadzką do Włoch pracował, jest zupełnie innym trenerem. Prawda jest taka, że Matusiak został po prostu zajechany, jeszcze dwa miesiące po transferze miał zakwasy.
Nie wszyscy jednak kupują takie wytłumaczenie. – Radek nie powinien się tak tłumaczyć – mówi Gevorgyan. – W końcu jest profesjonalnym piłkarzem, czy tam był, już sam nie wiem jak mam go nazywać. Ja mam wrażenie, że Radek myślał, że przyjedzie do Palermo, a tam wszyscy będą czekać na niego z otwartymi ramionami. Zgubiła, go chyba nieco pewność siebie. Chciał być od razu na szczycie. Jest takie ormiańskie przysłowie: małymi łyżeczkami, ale często. On tak nie chciał.
Coś może być faktycznie na rzeczy. Bo Matusiak długo czekał na debiut. Oczywiście w towarzystwie dziennikarzy, którzy zjechali za nim na Sycylię. W prasie pojawiały się zdjęcia Radka i jego żony Joanny w nowym domu przy kominku, spacerujących po plaży, czy testujących nowy gatunek wina. Matusiak jednak nie grał. Na sugestię dziennikarza, że może jest po prostu za słaby odpowiedział jednak – Proszę mnie nie rozśmieszać. To byłoby chyba dziwne gdybym tak z miejsca dostał plac w takim klubie jak Palermo. Szefowie klubu wiedza, że potrzebuję trochę czasu i są wyrozumiali.
- Radek potrzebuje czuć wsparcie, bardziej niż trenera potrzebny jest mu ojciec, jak Orest Lenczyk, który postawił na niego odważnie i dawał mu to do zrozumienia. Dlatego Radek miał taki luz psychiczny – tłumaczy Marek Zub, dziś szkoleniowiec Widzewa Łódź, asystent Lenczyka z czasów Bełchatowa.
- Matusiak najlepiej prezentował się w Bełchatowie i w pewnym momencie w reprezentacji. Wtedy kiedy wszyscy wokół powtarzali mu jak jest dobry i zapewniali, że w niego wierzą – potwierdza słowa Zuba, Gevorgyan.
- Z perspektywy czasu widzę, że wyjechał po prostu za wcześnie. Nie był jeszcze na to gotowy – analizuje Michał Globisz, trener pod wodzą którego Matusiak sięgnął w 1999 roku po wicemistrzostwo Europy U-16. – Wtedy jednak wszyscy wokół niego powtarzali, by wyjeżdżał. Miał swoje pięć minut i musiał je wykorzystać.
Media jednak długo nie traciły w Matusiaka wiary. Gdy udało mu się wreszcie zadebiutować w Serie A, w meczu z Milanem pod koniec lutego 2007 roku, większość gazet zrobiła z tego wydarzenia okładki, albo przynajmniej czołówki. Okazało się jednak, że tych meczów Matusiak dużo we Włoszech nie uzbierał. W następnej kolejce zagrał z Messiną, a później dopiero w maju (kontuzja) z Ascoli. W tym drugim spotkaniu strzelił nawet gola, co dla większości gazet znowu stało się pretekstem do przypomnienia swojego – nieco w międzyczasie już zapomnianego – pupila.
Szefowie Palermo nie byli tak wyrozumiali jak zapewniali. Tym bardziej, że zwietrzyli znakomity interes. Holenderskie Heerenveen zdecydowało się wyłożyć za piłkarza 3 miliony euro. Spory udział w tym transferze miał podobno Leo Beenhakker. – Oczywiście, że konsultowaliśmy się z panem Beenhakkerem. W końcu zna on Radka doskonale – potwierdza dyrektor sportowy holenderskiego klubu, Yme Kupier.
Selekcjoner reprezentacji Polski dobrze zna byłego szefa klubu Riemera van der Velde, który wciąż ma sporo do powiedzenia w zespole z Fryzji. Beenhakker miał zawsze słabość do Matusiaka. Wiele razy odpowiadał o ich pierwszym spotkaniu. Matusiak ujął go doskonałą znajomością angielskiego i bezpośrednim zachowaniem. – Nie zapytał mnie tylko, jak się ma moja ciotka – żartował selekcjoner.
Ale i Holandii Polakowi nie szło. Miał zastąpić Afonso Alvesa, najlepszego piłkarza klubu. Transfer Brazylijczyka do Anglii lub Hiszpanii miał być kwestią czasu. A jednak odwlekał się, a Matusiak nie miał żadnej szansy nawiązać z nim rywalizacji. Gdy w końcu Alves odszedł do Middlesbrough wcale to jednak nie poprawiło sytuacji Radka, który w ostatniej chwili zdecydował się na powrót do Polski.
Na początku była mowa o Bełchatowie. Tam piłkarz miał trafić na Lenczyka i swego wielkiego przyjaciela Łukasza Gargułę, z którym rok wcześniej siał zamieszanie w lidze. – Nie znam szczegółów negocjacji – opowiada Dawidowski. – Coś jednak poszło nie tak. Działacze Bełchatowa co chwila obniżali jego zarobki. W końcu Radek nie wytrzymał i powiedział, że będzie grał za darmo. Na to jednak nie przystali. Może obniżyłoby to ich prestiż, nie wiem.
Ostatecznie Matusiak wylądował na zasadzie wypożyczenia w pędzącej po mistrzostwo Polski Wiśle Kraków. – Maciek Skorża go zapewniał, że Wisła będzie grała dwoma napastnikami – mówi Dawidowski. – Tak się jednak nie stało. Radek zapewniał mnie, że gdyby nie ta rozmowa nie zdecydowałby się na Kraków. W takiej dyspozycji nie miał szans nawiązać rywalizacji z Pawłem Brożkiem.
- Radek…. – Skorża zawiesza głos – To chyba moja największa porażka w trenerskiej karierze. Nie potrafiliśmy do niego dotrzeć, nie potrafiliśmy obudzić tego Matusiaka, którego wszyscy wciąż pamiętali z Bełchatowa.
Matusiak w Wiśle zagrał w ośmiu meczach, głównie w końcówkach, strzelił jednego gola. Po sezonie nie było tematu zatrzymania go w Krakowie. Musiał wracać do Holandii.

I tu pojawia się pytanie. Który Matusiak jest prawdziwy? Ten z Bełchatowa i reprezentacji, kiedy zachwycał całą Polskę, czy ten wcześniejszy i późniejszy? Czyli nie mogący się przebić do pierwszego składu, bez determinacji i parcia na sukces. Łatwo się poddający i nieodporny psychicznie?
Matusiak zaistniał po raz pierwszy w futbolu, gdy w 1999 roku zdobył wicemistrzostwo Europy pod wodzą Globisza. – Zawsze był piłkarzem dobrym technicznie, ale nie wyróżniał się na tle kolegów, takich jak chociażby Rafał Grzelak, który przewyższał wszystkich – mówi Globisz.
W tamtej drużynie Matusiak rozegrał 41 spotkań, głównie końcówek, i strzelił zaledwie 3 bramki. Nie zapowiadał się na gwiazdę. – Dał się lubić, bo to był bardzo fajny, inteligentny chłopak. Miał zadatki na piłkarza, był dobrze ułożony, silny, ambitny. Nie sprawiał
żadnych problemów – zapewnia Globisz. Podkreśla, że Matusiak, choć był tylko rezerwowym, był ważną częścią drużyny, która sięgnęła po wicemistrzostwo Europy. Grał też kilka miesięcy później na  młodzieżowych mistrzostwach świata w Nowej Zelandii. Dwa lata później, mimo że kierownikiem zespołu Globisza był Matusiak senior, syn nie znalazł się w kadrze na mistrzostwa Europy w Finlandii. – Postanowiliśmy postawić na Pawła Brożka, był lepszy. Ojciec nic nie powiedział. Wiedziałem, że jest mu przykro, ale musiałem stawiać na najlepszych – tłumaczy Globisz.
Matusiak pochodzi z dobrej, dość zamożnej, rodziny. Jego ojciec jest prawnikiem, matka zawsze chciała żeby syn został lekarzem. To jednak ojciec robił z niego piłkarza, sam też wchodząc w świat futbolu. – To ja Janusza wylansowałem – mówi Dawidowski, który był wtedy asystentem Globisza. – Potrzebowaliśmy kierownika, ale to musiał być człowiek niezależny finansowo. Czasem trzeba zapłacić z własnej kieszeni za transport, czy za posiłek. Dopiero później to rozliczyć w PZPN. Nikt nie chciał się zgodzić, a z Matusiakiem seniorem współpracowałem już w łódzkiej SMS, więc go zaprosiłem. I tak wsiąknął. Był działaczem w ŁKS, później w Bełchatowie, po tym jak menedżerowie chcieli przekręcić Radka postanowił sam poprowadzić jego interesy.
- Nigdy nie dawał nam do zrozumienia, że pochodzi z lepszej rodziny, nigdy też nie wykorzystywał tego, że jego ojciec był kierownikiem drużyny. Wręcz przeciwnie. Pamiętam, że za młodu wszyscy byliśmy strasznie przesądni. Gdy przyszło do wybierania numerów nikt nie chciał grać z 13. Każdy z nas uważał, że jak dostanie trzynastkę, to może kończyć karierę – śmieje się Mila. – Wtedy jego ojciec kazał Radkowi grać z felernym numerem. Powiedział, że nikomu innemu nie mógłby tego zrobić.
- Radek był zawsze trochę na uboczu. W szatni też nie był specjalnie głośny. Inni rządzili – mówi kolega z reprezentacji Globisza, a później też ŁKS i Wisły Kraków, Piotr Brożek. – Zawsze był jedna uśmiechnięty i otwarty. Także później w Wiśle, chociaż przechodził przez trudny okres.
- Pamiętam jak pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Nowej Zelandii. Każdy z nas umiał powiedzieć yes, albo no, i na tym się kończyło. A Radek elegancko się z każdym dogadywał. Angielskiego uczył się od przedszkola – wspomina Mila.

Pytanie, czy Matusiak nie był trochę produktem. W szkole, której dyrektorem był ojciec, wyróżniał się dobrymi ocenami, przynosił świadectwa z czerwonym paskiem. W swoich najlepszych czasach, czyli okresie gry w Bełchatowie, pracował z zatrudnionym w SMS Łódź trenerem lekkiej atletyki, Kazimierzem Maranda, oraz współpracującym ze szkołą psychologiem – Dariuszem Lenartowiczem. – Nie wiem czy Orest o tym wiedział – mówi Dawidowski. – Myślę, że by się nieźle zdenerwował. Ale przynosiło to efekty. Te dodatkowe zajęcia to były pomysły ojca i syna. Wiedzieli, że trzeba kilka rzeczy poprawić.
Ojciec cały czas sprawował nad nim pieczę i zawsze był bardzo blisko syna. Gdy w końcu Matusiak wyrwał się spod (nad?)opiekuńczych skrzydeł zaczął używać życia – Przeniosłem się do pierwszoligowej wówczas Szczakowianki Jaworzno i przyznaję, że straciłem tam trochę czasu. Z własnej winy. Po raz pierwszy wtedy wyrwałem się z domu. Zamieszkałem w Krakowie i ważny był dla mnie nie tylko futbol. Wie pan, imprezy, balangi. Na szczęście potem zmądrzałem. Gdy przeniosłem się do Wisły Płock, poznałem moją przyszłą żonę. Zaczął się dobry okres w moim życiu, który trwa do dziś – mówił Matusiak w jednym z wywiadów, po zdobyciu bramki w reprezentacyjnym debiucie przeciwko Serbii.
Czy jednak aby na pewno? – Nie ma co ukrywać zdarzyło nam się pójść do kasyna – mówi cichym tonem Gevorgyan. Piłkarz, który jest przykładem zmarnowanego przez hazard talentu. – W Płocku kasyna nie ma. Do Łodzi nie chciał jeździć, bo nie chciał grać na terenie ojca. Jeździliśmy więc do Warszawy, bo tam najbliżej. To nie był jednak nałóg.
- Za czasów juniorskich nikt nas by do kasyna nie wpuścił – mówi inny piłkarz otwarcie przyznający się do zamiłowania ruletką, Mila. – Później w młodzieżówce kilka razy nam się zdarzyło pójść i zakręcić kulą. To była jednak tylko niewinna zabawa. Stawki nie były duże, po kilkaset złotych. Bardziej chodziło o spędzenie razem czasu i rozrywkę. Nie każdy musi się uzależnić, nie każdemu kasyno musi przeszkadzać w dobrej grze i osiągnięciu wysokiej formy.
Problem w tym, że wiele wskazuje na to, że Matusiakowi jednak kasyno przeszkadzało i było czymś więcej niż tylko kolejnym – obok wina i giełdy – hobby, którym jednak nie chciał się dzielić z opinią publiczną. Jak mówią dobrze poinformowani Polak potrafił nawet mając jeden wolny dzień wsiąść w samolot z Sycylii do Krakowa i przyjechać pograć. Osoba blisko związana z Wisłą Kraków opowiada, jak jednego wieczora Matusiak przegrał 400 tysięcy złotych, a takie sumy muszą robić wrażenie, nawet na takich starych wygach jak Gevorgyan, czy Mila.
- Ile? – dopytuje się pomocnik Śląska Wrocław. – To są naprawdę wielkie pieniądze. W życiu takiej sumy nie przegrałem.
Ciosy na Matusiaka spadały jeden po drugim. Zupełny brak formy sportowej i półtora sezonu siedzenia na ławkach w trzech klubach nie wpływały dobrze na jego psychikę. Beenhakker nie wziął, go na Euro, co było dla niego ponoć strasznym ciosem. Do tego doszły wspomniane kasyna. Pojawiły się też problemy w życiu prywatnym. Bulwarowy Super Express opublikował zdjęcia Matusiaka w jednym z warszawskich hoteli w towarzystwie nieznanej blondynki. Po kryzysie piłkarskim przyszedł czas na małżeński. Joanna, żona
Matusiaka, spodziewała się dziecka, pojawiły się jednak plotki o rozwodzie, który ostatecznie nie doszedł do skutku. Ogłoszony przez Matusiaka koniec kariery wydaje się jednak krokiem dość histerycznym…
- Radek nigdy nie należał do twardzieli psychicznych – przyznaje Dawidowski. – Dlatego też sesje z psychologiem tak mu pomagały. Nie posuwałbym się jednak tak daleko i mówił, że Matusiak wpadł w depresję.
- Nie jest słaby psychicznie, przecież zanim zaistniał miał trudne chwile, chociażby w Płocku. Inna sprawa, że nie ma skorupy. Na pewno jest bardzo wrażliwy – mówi Zub. – Zawsze potrzebował akceptacji, kolejnego dobrego meczu, bramki. To pomagało mu utrzymać odpowiedni poziom. Na pewno musiał czuć, że jest potrzebny. A tego wszystkiego ostatnio mu zabrakło.
Matusiak miał już takie chwile zniechęcenia wcześniej. – Radek pochodzi z bogatej rodziny, dlatego nigdy nie był tak zdeterminowany jak inny. Jego koledzy wiedzieli, że muszą wydrapać oczy, żeby coś osiągnąć w życiu i wyrwać się z biedy. Radek nie musiał, bo wiedział, że w każdej chwili może zacząć robić coś innego – wspomina czasy w Płocku Terlecki. – Gdy nie łapał się do pierwszego składu, dawał wszystkim do zrozumienia, że tak naprawdę, to mu wcale nie zależy.
Słowa Terleckiego potwierdza Skorża, który w Wiśle Płock był asystentem Mirosława Jabłońskiego w tym czasie, kiedy był tam Matusiak. – Radek z Płocka to zupełnie inny facet, niż ten, którego spotkałem później w Krakowie. Ten pierwszy nie wiedział tak naprawdę co on chce w życiu robić.
Także w Heernveen widzieli, że coś nie tak jest z podejściem Matusiaka do wykonywanej i solidnie opłacanej pracy: – W pewnym momencie dało się zauważyć, że jego motywacja gdzieś znikła – mówi Kupier. – Poza umiejętnościami, to właśnie motywacja jest najważniejsza w osiągnięciu sukcesu w futbolu. Matusiakowi tego zabrakło i być może dlatego zdecydował się zakończyć karierę.

Najnowsza informacja jest taka, że były reprezentant zajmie się biznesem. Ma podobno zamiar otworzyć na warszawskim Placu Teatralnym knajpę. Nikt jednak nie bierze do końca na poważnie jego deklaracji o końcu kariery piłkarskiej.
- Jestem przekonany, że Radek wróci do piłki. Jeszcze zimą, wspomnicie moje słowa – zarzeka się Dawidowski. – Teraz musi odpocząć, Joasia zaraz będzie rodzić, postanowił, że zoperuje sobie pachwinę, która przeszkadza mu już od jakiegoś czasu. Co więcej jestem przekonany nawet, że wróci do reprezentacji. Zresztą nikt tego od niego nie słyszał. To jego ojciec Janusz podał taką informację do prasy.
Trudno usłyszeć to od samego Radka, ten bowiem nie rozmawia z prasą i jest w tym postanowieniu jak na razie bardzo wytrwały.
- Radek wróci. Za bardzo bawiła go gra w piłkę, to było zawsze jego pasja – mówi Mila z przekonaniem. – Jak byliśmy młodzi każdy z nas marzył o karierze, a on chyba najbardziej. Miały być Milany. Barcelony, Manchestery. Nie wierzę, że teraz się podda i wszystko zostawi.
Pytanie tylko jaki Matusiak wróci? Ten ze swoich pięciu minut sławy – czasów Bełchatowa – czyli równie efektowny na boisku, jak i poza nim. Ten z czasów późniejszych, czyli sfrystrowany, nie przyjmujący krytyki, zastraszający dziennikarzy, nie mogący ustabilizować formy? A może ten najwcześniejszy? Niczym nie wyróżniający się ligowiec? Jedno jest pewne – już dawno tyle szumu i zamieszania nie było wokół piłkarza, któremu wyszły…dwie rundy.

Leo i jego przekleństwo Belgii

Posted in REPORTAŻE by zelaznypunktwidzenia on Czerwiec 16, 2009

Ten tekst powstał przed meczem Polski z Belgią. Wygrana w tamtym spotkaniu dawał nam historyczny awans do mistrzostw Europy. Wtedy Leo Beenhakkera zachowywał się inaczej i zupełnie inaczej był postrzegany. Był wciąż dla nas Polaków kimś specjalnym. Nie oszukujmy się, głównie dzięki wynikom, ale także dlatego, że nie babrał się wtedy jeszcze w żadne wojenki z działaczami. Był ponad to, kimś zdecydowanie wyróżniającym się z tego cholernego polskiego bagienka futbolowego.

W 1985 roku Leo był selekcjonerem reprezentacji Holandii. W barażach o prawo gry na mistrzostwach w meksyku, jego Oranje grali z Belgami. Odwiecznym rywalem – wiadomo sąsiad, a ci rzadko się lubią. Holandia przegrała, do Meksyku pojechali Belgowie. Tamta porażka do dziś jest w Niderlandach bardzo pamiętana. Nasz mecz z Belgią postanowiliśmy więc przedstawić jako swojego rodzaju rewanż Beenhakkera. Wyszedł z tego kapitalny (przepraszam za bufonadę, ale naprawdę tak właśnie uważam) reportaż. Dotarliśmy z Wawrzynem do kilku piłkarzy zarówno z ówczesnej reprezentacji Belgii, jak i Holandii. Naprawdę duża rzecz.

Sporo czasu już minęło od tamtych chwil, ale wciąż reportaż jest kozacki. Zapraszam do lektury.

Leo jakiego nie znacie
Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny, korespondencja z Beneluksu

Leo Beenhakker lubi przechodzić do historii krajów, w których pracuje. Teraz może trafić do annałów polskiej piłki, jeśli wygra w Chorzowie z Belgią. To będzie wielki rewanż za jego klęskę w dwumeczu z Belgami w 1985 roku, kiedy był selekcjonerem reprezentacji Holandii.

- Beenhakker to jeden z najpopularniejszych trenerów w Holandii. To facet ze znakomitym poczuciem humoru, do którego można zadzwonić z każdym pytaniem. Ma opinię na każdy temat, czy chodzi o futbol, wojnę w Zatoce Perskiej czy też smak nowej wody sodowej. I zawsze mówi z sensem – śmieje się Chris Tempelman z kultowego holenderskiego magazynu piłkarskiego „Voetbal International“. Dziennikarzy „VI” odwiedziliśmy w redakcji w małym miasteczku Gouda – holenderskiej stolicy serów. Na okładce ostatniego numeru duże zdjęcie Beenhakkera. W wywiadzie pod wymownym tytułem „Kaskader w Polsce”, Don Leo opowiada o tym, że Polska ma potencjał do tego by awansować do ścisłej czołówki piłkarskich krajów Europy.
– Beenhakker wie co mówi. Facet był na całym świecie, zna ludzi jak mało kto. Był jednym z pierwszych holenderskich trenerów, którzy prowadzili zespoły za granicą. 25 lat temu to wcale nie było takie proste. Może opowiadać godzinami o różnych krajach, zwyczajach ludzi. Powiedziałbym, że to taki żeglarz, tyle tylko, że nie ma okrętu – opowiada nam John Metgod, były piłkarz Realu Madryt, Nottingham Forest i reprezentacji Oranje. Holenderski obrońca zna Beenhakkera doskonale. Po zakończeniu kariery przez wiele lat był jego asystentem w Feyenoordzie Rotterdam. – Beenhakker lubi odkrywać nowe lądy, lubi zapisywać się w historii. Po raz pierwszy awansował do Mistrzostw Świata z Trynidadem i Tobago, piszą o nim pewnie w tamtejszych podręcznikach. Teraz chce być w polskich książkach i wszystko wskazuje na to, że się w nich  znajdzie. Myślę, że brał pod uwagę fakt, że Polska nigdy nie grała w mistrzostwach Europy podpisując kontrakt z waszą federacją – mówi Chris Tempelman.
„Don Leo” może nie tylko przejść do historii polskiej piłki, ale i
zrewanżować się po latach Belgom, za jedno z największych upokorzeń w swojej karierze. Zanim bowiem wypłynął w swój wielki rejs dookoła świata, musiał przełknąć kilka gorzkich pigułek. Do dzisiaj mówi się, że jedną z trzech najboleśniejszych porażek Beenhakkera był przegrany dwumecz z Belgią w październiku i listopadzie 1985 roku, który zaważył na tym, że to Belgowie pojechali na mistrzostwa świata do Meksyku. Dla nich to do dziś
najważniejsze mecze w historii ich futbolu. Beenhakker nie awansował i oczywiście stracił posadę selekcjonera reprezentacji Oranje.

Prowokator
- Tamte mecze pełne był podtekstów – opowiada „Przeglądowi Sportowemu” guru belgijskiego dziennikarstwa Francois Collin, który w 1985 roku widział oba spotkania i zrobił z Beenhakkerem dziesiątki wywiadów. – Holandia i Belgia nie darzą się wielką sympatią. Oni mówią, że jesteśmy głupi, my ich mamy za nadętych arogantów. Takim właśnie arogantem wydawał się nam wtedy Beenhakker, typowym Holendrem. Przed pierwszym meczem mówił, że pokonanie nas będzie tylko formalnością. Zaszokował wszystkich swoim zachowaniem. Wcześniej w Belgii nie znaliśmy pojęcia gry psychologicznej. Dziś robią tak wszyscy najlepsi
trenerzy świata, Mourinho, Wenger czy Scolari. Beenhakker był jednym z tych, którzy wprowadzili to pojęcie do europejskiej piłki. Wydawało nam się, że poniża naszą drużynę i naszego najlepszego trenera Guy’a Thysa. A przecież wtedy Leo nie był jeszcze wielkim i uznanym fachowcem, tylko młodym szkoleniowcem, który do reprezentacji trafił z prowincjonalnego Volendam. Gdy pytaliśmy go o Thysa, odpowiadał niby
zrezygnowany z miną cierpiętnika: „mam już dośc tego człowieka palącego cygara i pijącego whisky”. A trzeba wiedzieć, że były to dwie wielkie pasje Thysa. Pierwszy mecz w Brukseli wygraliśmy jednak 1:0 – opowiada belgijski dziennikarz.
- Takie zachowanie jest typowe dla „Don Leo”. Gdy graliśmy z Belgią, mówił: „A co oni mogą wiedzieć o piłce”. Gdy Feyenoord grał  ze Stuttgartem pytał: „To Niemcy grają w piłkę” – śmieje się Tempelman.
Tamte baraże o wejście do mistrzostw świata w Meksyku elektryzowały całą Europę. Belgowie musieli grać z Holandią, bo wcześniej zaledwie zremisowali z Polską w Chorzowie i to nasza drużyna awansowała bezpośrednio na mundial.
– Holendrzy byli pewni swego do końca. Po pierwszym, przegranym 0:,1 meczu w Bruskeli Beenhakker mówił, że to ich triumf, bo przez większość meczu grali w osłabieniu, więc rewanż nie powinien sprawić kłopotu – opowiada Collin. W pierwszym spotkaniu już w 3. minucie Wim Kieft został sprowokowany przez Francka Vercauterena, kopnął go i zobaczył czerwoną kartkę.
– Z perspektywy czasu myślę, że to raczej on mnie prowokował – mówi Vercauteren, dzisiaj trener Anderlechtu Bruksela, z którym spotkaliśmy się po meczu ligowym „Fiołków” z Westerlo. – Atmosfera była bardzo napięta. Beenhakker prowokował
skutecznie, ale i my nie zostaliśmy dłużni. Ja swój cel osiągnąłem, Kieft wyleciał z boiska. Piłkarz musi mieć w sobie trochę z gangstera – wspomina z uśmiechem Vercauteren.
W rewanżu w Rotterdamie Holendrzy prowadzili 2:0 po golach Houtmana i De Wita, by stracić bramkę w 84. minucie. Dla nich był to koniec marzeń o mundialu. Zdjęcie Beenhakkera, który w długim
płaszczu idzie sam ze spuszczoną głową tunelem na stadionie De Kuip w Rotterdamie jest jedną z najsłynniejszych fotografii sportowych Europy. Belgowie do dzisiaj uważają, że nie pojechaliby do Meksyku, gdyby Beenhakker nie popełnił błędu.
– Chciał mieć w ataku wysokiego napastnika. Wpuścił więc na zmianę mierzącego ponad 190 centymetrów Johna Van Loena. Nasz trener wystawił Georgesa Gruna, równie wysokiego obrońcę, który miał zneutralizować Wieżowca z Utrechtu. W decydującej akcji dośrodkował Gerets, a Van Loen spóźnił się z interwencją i… decydującą bramkę strzelił Grun – opowiada nam Frankie van der Elst, jeden z najbardziej znanych piłkarzy w historii belgijskiej piłki.
Winnymi zostali uznani Beenhakker i Van Loen, którego odwiedziliśmy w Utrechcie, gdzie jest dzisiaj asystentem Wima van Hanegema, trenera miejscowej drużyny, FC Utrecht.
– Tak to było… Eric Gerets poszedł na prawą stronę i dośrodkował. Więcej nie pamiętam, straciłem głowę. To największa katastrofa w historii holenderskiej piłki, i to właśnie ja
jestem główną przyczyną tej katastrofy. Do dzisiaj mi to wypominają. Wtedy przeżywałem prawdziwy koszmar. Dostałem steki obraźliwych listów. Kibice z Belgii przysłali mi wielką
reprodukcję zdjęcia, formatu sporego plakatu, na którym widać jak
stoję a nade mną niemal frunie Grun – opowiada Van Loen.
– Satysfakcja Belgów była ogromna – uśmiecha się Collin. – Nie dość, że pojechaliśmy na mistrzostwa świata, to jeszcze ukaraliśmy pychę Holendrów.

Człowiek Michelsa
Po latach wspomnienia wracają. Dawni piłkarze Beenhakkera uważają, że to nie trener był winny. – Dał nam wtedy niesamowitą wiarę w siebie. Coś, czego wcześniej nie dał nam żaden
trener. Mówił, że pokonamy Belgię przynajmniej dwiema bramkami. I było 2:0, do tej mojej felernej 84. minuty – uśmiecha się gorzko Van Loen.
- Byliśmy świetnie przygotowani. Beenhakker umiał do nas dotrzeć. Jego zachowania nie nazwałbym prowokacją. Chciał tchnąć w nas wiarę w siebie i wtedy wychodziło mu to świetnie. Przecież prowadziliśmy z Belgią 2:0, chociaż wcale nie
byliśmy lepsi – opowiada Hans van Breukelen. Mistrza Europy i zdobywcę Pucharu Mistrzów z roku 1988 spotkaliśmy w hotelu pod Amsterdamem. Szalony bramkarz, król prowokacji, dziś jest poważanym biznesmenem. Wycofał się z futbolu i założył firmę doradztwa personalnego. Van  Breukelen był przy Beenhakkerze w najtrudniejszych chwilach jego trenerskiej kariery. Zarówno w 1985 roku jak i w 1990 podczas mistrzostw świata we Włoszech, gdy Beenhakker po raz drugi i ostatni w karierze prowadził Oranje.
Fenomenalni mistrzowie Europy z 1988 roku na papierze nie mieli
sobie równych. Musieli zdobyć mistrzostwo świata. We Włoszech nie wygrali jednak nawet meczu. Holenderska prasa donosiła o podziałach i konfliktach. Zabrakło tego z czego Leo już wtedy słynął w Holandii, ale i Hiszpanii, czyli fantastycznej atmosfery i magii Beenhakkera.
- Doszło do jakiegoś konfliktu między selekcjonerem i piłkarzami, ale do dzisiaj  nikt nie chce zdradzić o co chodziło – opowiada Tempelman. W prasie bulwarowej pisano, że doszło nawet do bójki między Beenhakkerem i Gullitem. Holenderska telewizja pokazała pewnego dnia Beenhakkera w okularach przeciwsłonecznych. Wcześniej ich nie potrzebował. Gdy na żądanie dziennikarzy je zdjął, okazało się, że ma szramę nad okiem…
- Nie mówmy o tym, to mnie nie dotyczy – ucina spekulacje Van
Breukelen. – Jeśli mamy mieć do kogokolwiek pretensje, to do siebie, nie do Beenhakkera. Jeśli ktoś miał być winny to raczej ówczesny prezes federacji Rinus Michels. To on wtedy miał
możliwość decydowania o obsadzie szkoleniowca. Większość piłkarzy chciała, żeby drużyną kierował Johan Cruyff. Ja akurat nie należałem do tej grupy, bo Cruff powtarzał, że pierwszym bramkarzem powinien być Stanley Menzo z Ajaksu Amsterdam. Niemniej dziś uważam, że skoro cała niemal drużyna chciała Cruyffa federacja miała obowiązek zrobić wszystko co w jej mocy, by go zaangażować. Ale Michels miał dwóch swoich kandydatów:
Aada de Mosa i własnie Beenhakkera. Wybrał Don Leo. Powinniśmy zareagować od razu, albo w ogóle, a nie kręcić nosem i psuć atmosferę. A jeśli później, podczas turnieju były jakieś niejasności, mogliśmy powiedzieć: „Sorry trenerze, teraz załatwimy ten problem między sobą”. Dzisiaj mogę stwierdzić, że to właśnie my, a nie Beenhakker, zawaliliśmy szansę na to, by Holandia była mistrzem świata – opowiada van Breukelen.

Psycholog
Beenhakker miał kilka spektakularnych porażek, ale nie zmienia to
faktu, że w Holandii jest postrzegany jako człowiek sukcesu.
- 42 lata na tak wysokim poziomie… panowie nie oszukujmy sie, to
wysokiej klasy zawodowiec. Ma sukcesy niemal wszędzie tam gdzie pracuje. Był mistrzem Holandii z Ajaksem i Feyenoordem, w Hiszpanii trzy razy z rzędu z Realem. A wpadki? A kto pracuje 40 lat bez porażek – pyta retorycznie Danny Blind. Były obrońca doskonale zna obecnego selekcjonera reprezentacji Polski. Był z nim jako piłkarz na mundialu we Włoszech. Był piłkarzem prowadzonego przez Beenhakkera Ajaxu. W końcu był trenerem Ajaxu, gdy Beenhakker pracował tam jako dyrektor techniczny. Blinda odwiedziliśmy w jego biurze na stadionie Sparty Rotterdam, w której pracuje jako dyrektor sportowy.
Podobnie jak jego byli piłkarze uważa, że Beenhakker, choć ma wiedzę o taktyce, przywiązuje do niej mniejszą wagę. Najważniejsze jest u niego tworzenie atmosfery. – Beenhakker zawsze umiał wzbudzić w piłkarzach poczucie, że są najlepsi na świecie i był w tych swoich przemowach bardzo wiarygodny. A to jest piłkarzowi niesamowice potrzebne. Jak się czujesz mocny, grasz od razu o wiele lepiej – mówi Blind. – Leo umiał sprawić, że wszyscy się czuli potrzebni, wszyscy byli częścią drużyny. Podczas mistrzostw świata w 1990 roku byłem tylko rezerwowym. Beenhakker musiał wybrać między mną a Ronaldem Koemanem. Sprawił tak, że nie czułem się pokrzywdzony. U niego nawet człowiek z ławki czuł się ważną częścią drużyny – mówi nam 42-krotny reprezentant Holandii.
- Beenhakker nie gada za długo o taktyce, co jest obsesją innych holenderskich trenerów. Pamiętam dwugodzinne odprawy legendranego Rinusa Michelsa. Po połowie takiego wykładu większość piłkarzy przysypiała. A u Beenhakkera nigdy – żartuje Van Loen. – Odprawa trwała 20 minut i była na zupełnym luzie. Resztę tego, co Michels z namaszczeniem rozrysowywał na tablicy, Beenhakker przekazywał nam podczas trenigów.
- Bo chociaż jest fanatykiem futbolu, nigdy nie zapomina, że żyje w
świecie tu i teraz, że są rzeczy ważniejsze od piłki. Być
może dzięki temu, jest tak znakomitym mówcą. Oczywiście gdy jest potrzeba, potrafi krzyknąć. Zawodnicy tego nie lubią, bo on ma naprawdę niezły głos. Poza tym jest królem riposty. Naprawdę potrafi być szybki i ostry – mówi Metgod.
- Każdego piłkarza traktował bardzo poważnie, do każdego podchodził  indywidualnie, interesował się życiem prywatnym, pytał co w domu, martwił się jak układa się życie rodzinne. To było bardzo naturalne. Dzięki temu nigdy przy nim nie czuliśmy się jak podwładni wobec szefa, tylko jak partnerzy – wspomina Blind.
- Niestety kilka osób tworzących w tym kraju opinie publiczną
wypominało mu, że jego zachowanie jest często udawane, że jego obojętność i luz są wyreżyserowane. To jednak niesprawiedliwe podejście. Musiałby być znakomitym aktorem. Myślę, że był zawsze bardzo naturalny – mówi Van Breukelen. – Był fenomenalnym pscyhologiem, znał klucz do każdego piłkarza. Widział kogo trzeba poklepać po plechach, z kim sie udać na długą i poważną rozmowę. Dla mnie najważniejsze było, jeśli puścił oko i pokazał, że jest ok. Wtedy wiedziałem, że robię dobrą robotę, że mam jego pełne zaufanie – mówi Van Breukelen.
- Rozładowuje atmosferę dobrym humorem. Jest zawsze uśmiechnięty, potrafi na poczekaniu wymyślić dowcip. Ważne jest to, jego dowcip jest dość wyszukany, że nigdy nie poniża innych – mówi Metgod. – Poza tym wie jak zintegrować grupę. Kiedyś byliśmy na zgrupowaniu z Feyenoordem. Pozwolił żonom pojechać z chłopakami. Swoją narzeczoną poprosił, żeby organizowała  dziewczynom czas podczas treningów. Wychodziło to bardzo dobrze. Kiedy my szliśmy na gokarty, a wsiadanie z żoną do gokartu nie ma prawa się udać, dziewczyny szły na zakupy, czy basen. Wieczorem się spotykaliśmy i jedliośmy wspólnie kolację. To było najbardziej integrujące zgrupowanie jakie pamiętam.
- Zarzucanie mu arogancji jest nie na miejscu. “Don Leo” wychodzi na boisko zawsze z podniesioną głową, wyprostowany. Jeśli trener się boi,  jego piłkarze też. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy po latach pojawił  się w szatni Feyenoordu, piłkarze siedzieli jacyś tacy stłamszeni. Nic im nie szło. Leo powiedział: panowie, tak nie wygląda piłkarz  Feyenoordu. Głowa do góry, pierś w przód. Tak zawodnik Feyenoordu wychodzi na trenig, czy na mecz. Gra poprawiła się jak za dotknięciem różdżki – dodaje Metgod.
Również w 1990 roku we Włoszech próbował uratować atmosferę.
- Zaprosił nasze żony i znanego do dzisiaj komika Freeka de Jonge. Mieliśmy niezły ubaw. Facet jest niesamowicie śmieszny. Zapewniam was,że śmialibyście się nawet gdyby przetłumaczyć to na polski – opowiada van Loen.
- Pomogło. Zagraliśmy z Niemcami nieźle. Przez 30 minut graliśmy
znakomity mecz, najlepszy na mistrzostwach. Później zabrakło szczęścia  – rozkłada ręce Van Breukelen.

Konserwatysta
Dzisiaj Beenhakker to wciąż pierwsza liga holenderskich trenerów, chociaż Holendrzy mówią, że nie jest to ścisła czołówka, tak jak chociażby Guus Hiddink, szkoleniowiec reprezentacji Rosji.
- Hiddink ma zawsze głowę pełną pomysłów, jest przygotowany na kilka  rozwiązań. Beenhakker ma jasny cel i dąży do wcześniej wytyczoną drogą – opowiada Van Breukelen. – Jednak porównywanie go do innych Holendrów  jest nie na miejscu. Jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny.  Myślę, że Beenhakker na pewno zasługuje na to, by zaliczyć go do ścisłej czołówki holenderskich szkoleniowców.
Beenhakker mieszka w Belgii, niedaleko granicy z Holandią. W małym  miasteczku Schilde pod Antwerpią jest sąsiadem m.in. Ronalda Koemana.  10 kilometrów dalej mieszka Jean-Marie Pfaff, słynny belgijski bramkarz. – Mieszkam w Belgii, bo Holandia to już nie jest mój kraj. W mojej ojczyźnie wiele się przez ostatnie lata zmieniło na gorsze. Na ulicach  dominuje przemoc, falami napływają imigranci. Inne kultury i religie  starają się wyprzeć nasze holenderskie tradycje. Nie ma tam dla mnie miejsca – mówi Beenhakker w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Według
Holendrów na jego decyzji zaważył nieprzyjemny incydent z chuliganami, sprzed 3 lat. – Po meczu Twente Enschede z Ajaksem, gdzie był dyrektorem sportowym, kibice gospodarzy zaczęli go szturchać, doszło do przepychanki. Zniszczono mu samochód – opowiada Tys Hallema, dziennikarz „Voetbal
International”. Sam Beenhakker stara się w swoim stylu bagatelizować emocjonalne znaczenie meczu z Belgami.
- Dajcie spokój, mecz jak każdy inny – mówi. – Wtedy w 1985 roku
przejąłem reprezentację na kilka meczów. Przegraliśmy awans
przypadkowo. Cóż takie jest życie. Oni myślą dzisiaj, że ja gram na
śmierć i życie, a ja chce po prostu wygrać.
W Holandii wszyscy jednak wiedzą, że dla Beenhakkera mecz z Belgią  jest wielkim przeżyciem, szansą na historyczny rewanż po 22 latach.Danny Blind: – Od kiedy jest w Polsce zrobiliście ogromne postępy. Ten  zespół zaczął grać w piłkę. Dlatego mam nadzieję, że i tym razem mu się uda.
Podobnie reaguje Van Breukelen: – Cieszę się, gdy Leo ma sukcesy. To chyba także świadczy o moim stosunku do niego.

Derby pomorza

Posted in REPORTAŻE by zelaznypunktwidzenia on Czerwiec 5, 2009

Ten tekst robiliśmy z Markiem Wawrzywnowskim już dość dawno temu – ze dwa lata będą. Pretekstem były pierwsze derby między Arką a Lechią na szczeblu ekstraklasy. Fajny wyjazd, niezły materiał, ale to co przede wszystkim zapamiętałem to poseł Jacek Kurski…

Nie ukrywam swojej niechęci do PiS. Daleko mi do bezgranicznej miłości do PO, ale z dwojga złego wolę dżumę od cholery. Kurski słynął z tego, że kibicował Lechii. Musieliśmy się więc z nim spotkać, aby z nim o tym porozmawiać. Jeszcze przed wejściem mówiłem Wawrzynkowi, że jak wyjdziemy stamtąd oczarowani nim, w końcu to polityk – zawodowy lizus, kłamca i manipulator.

Na dzień dobry czekaliśmy na Kurskiego chyba z godzinę. W końcu wpuścił nas do gabinetu. To, co się od razu rzuciło mi w oczy, to były…buty posła. Jeżeli robią glany do garnituru, to Kurski takie właśnie ma. Najcięższe, najbardziej bojowo wyglądające, największe i najstraszniejsze pantofle ever! No i później się zaczęło – faktycznie Kurski nas zauroczył. Opowiadał ciekawie, widać było, że był prawdziwym kibicem, a nie jakimś tam gościem, co to dwa razy poszedł na stadion. Przede wszystkim zobaczył jednak, że śmieszą nas historyjki o tym, jakim o on jest bezkompromisowym politykiem. I co chwila dokładał do pieca. Jak odebrał raz telefon i głośno przy nas komentował kolegów z listy wyborczej (akurat było to w trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi), a my polewaliśmy się ze śmiechu, to już później idealnie wszedł w tę rolę. W końcu polityk – wie jak się sprzedać. Co ciekawe wszystko mieliśmy (mamy) nagrane. Myślę, że mogłoby to zrobić fuorę. A co z tymi, co nazywali pana bullterrierm braci Kaczyńskich – zapytaliśmy. – Ci, co tak mówili, już dawno kręcą watę na molo w Sopocie. I tak w tym stylu cały czas. Nie mogliśmy się postrzymać i pytaliśmy jak wygląda wigilia w domu Kurskich – przecież jego brat, Jarosław, jest już de facto naczelnym Wyborczej. Faktycznie wyszliśmy na swój sposób oczarowani. Aha – ani pan Kurski, ani jego partia ode mnie głosu nie dostali. Od Wawrzynka z tego co wiem, też nie (chyba że kłamie).

Nevermind – oto tekst

Tradycja kontra nowoczesność, czyli derby Trójmiasta

W Gdyni w domu rodziny Koryntów trwają przygotowania do meczu o panowanie w Trójmieście. Senior rodu, pan Roman Korynt jest legendą gdańskiej Lechii. W jej barwach rozegrał ponad 200 spotkań. Uchodził za jednego z najlepszych stoperów w Europie, chciał go słynny Real Madryt. Jego syn Tomasz najlepsze lata spędził w ataku Arki Gdynia.  W środę 10 października na krótko staną po przeciwległych stronach barykady.

Korynt ty zmoro, zginiesz jak Aldo Moro ­- śpiewali kibice Lechii o Tomaszu, który jako młody piłkarz przeszedł z Gdańska do Gdyni. – Grałem w Lechii, liczyliśmy na awans do pierwszej ligi, nie udało się. Miałem już 22 lata i odszedłem by walczyć o wyższe cele – tłumaczy Tomasz Korynt. Do dzisiaj wielu nie może mu tego wybaczyć. Jego ojciec obwiniany jest o to, że sprzedał syna do odwiecznego rywala. Sam jednak zapewnia, że te zarzuty nie mają nic wspólnego z  rzeczywistością. Co nie zmienia faktu, że kibice wiedzą swoje.

Najlepszym zawodnikiem na 80-lecie klubu kibice uznali Romana Rogocza (grał razem z Koyntem seniorem w latach 50.). Wybrany dziesięć lat wcześniej na najlepszego piłkarza w historii Trójmiasta, Roman Korynt, był tylko drugi. – Rogocz musiał mieć świetną formę przez te kilka lat – śmieją się Koryntowie. Ojciec z synem przekomarzają się o to, kto wygra derby. Zadeklarowaną lechistką jest też żona pana Romana, matka Tomasza.

Lechia to klub całego Gdańska i mocno zakorzeniony w tradycji stały element krajobrazu miasta „Solidarności”. Arka to ulubieńcy Gdyni i większości okolicznych miasteczek.

Lechia ma piękne tradycje opozycyjne. Pod koniec lat 70. i w latach 80. był to prawdziwy klub „Solidarności”. Niemal każdy mecz Lechii na stadionie przy ulicy Traugutta to był wielki wiec antykomunistyczny. Okrzyki typu – Precz z komuną, były równie częste jak: – Lechia gola!

- Dla mnie stadion na Traugutta jest miejscem magicznym. To było ostatnie miejsce, gdzie jeszcze po stanie wojennym istniała Solidarność. Wszędzie była już spacyfikowana, tylko na Lechii można było usłyszeć opozycyjne hasła – wspomina i tłumaczy polityk PiS, Jacek Kurski.

Kibice Lechii założyli pierwszy klub kibica w Polsce. W tworzeniu czynnie brali udział ludzie znani dziś z pierwszych stron gazet. Do udziału w tym ruchu przyznają się tacy  politycy, jak Donald Tusk, Maciej Płażyński, Kurski czy dziennikarz Tomasz Wołek.

- Lechia i Solidarność kojarzą się ze sobą nierozerwalnie – mówi dyrektor gdańskiego klubu Błażej Jenek. – Po meczu często chodziło się pod kościół Św. Brygidy.

Symbolem solidarnościowego ruchu na Lechii jest pucharowy mecz z Juventusem Turyn w 1983 roku, który transmitowany bezpośrednio do Włoch przerodził się w wielką antykomunistyczną manifestację. Na meczu obecny był także Lech Wałęsa, którego władza ludowa próbowała wcześniej skompromitować, puszczając w obieg tak zwane taśmy Wałęsy. – Dla mnie najważniejsza była jednak akcja w 1985 roku nawołująca do bojkotu wyborów, której byłem pomysłodawcą i jednym z wykonawców – wspomina Kurski. – Miałem wtedy 19 lat. Wywiesiliśmy 11 metrowy transparent o treści „13.X. – bojkot. Solidarność”. To było apogeum terroru po stanie wojennym. Cały stadion był pełen agentów bezpieki pilnujących go już noc przed meczem. Przedostaliśmy się z transparentem, który zwinięty był wielkości małego człowieka. Zakopaliśmy go w hałdzie piasku pod zegarem. W dzień meczu absolutny bohater Piotr Dobrzenko na oczach ZOMO odkopał go spod ziemi i wziął pod pachę. Coś niesamowitego, ja już byłem przekonany, że akcję trzeba będzie odwoływać. Konsekwencje były bardzo poważne, za taki numer szło się do paki. Po tym jak Lechia strzeliła bramkę, co było warunkiem koniecznym dla realizacji planu, na stadionie zapanowała niesamowita euforia. Wtedy wyskoczyliśmy, rozpyliliśmy gaz łzawiący zdobyty wcześniej podczas walk ulicznych z ZOMO, by zamieszanie było jeszcze większe. Szybko rozwiesiliśmy wielki transparent i wmieszaliśmy się w tłum. Mieliśmy zostać, ale bałem się, że łatwo będzie nas wskazać, więc zaczęliśmy uciekać w kierunku ogródków działkowych. Nagle po dwóch minutach usłyszeliśmy niesamowity, ogłuszający wprost krzyk „Solidarność!, Solidarność!”. Chwilę później przeciągły gwizd, bo ZOMO zaczęło transparent ściągać.

Do dziś tradycja opozycyjna jest na Traugutta bardzo żywa. Transparent z napisem „Lechia Gdańsk – bastion prawicy” wisi na każdym meczu. – Chwała kibicom Lechii za to co robili podczas stanu wojennego, ale dla mnie dziś są oni tylko niewolnikami tradycji – mówi poeta nominowany w 1997 roku do literackiej nagrody Nike, kibic Arki, Wojciech Wencel. -   Prawica kojarzy im się bardzo płytko. Lechia to klub Gdańska i gdańskich bokowisk. Ludności napływowej, która bardzo szybko chce się poczuć rdzennymi gdańszczanami i potrzebuje szybkiej identyfikacji. Nie za bardzo rozumieją tradycje Wolnego Miasta Gdańska i przeobrażają to w karykaturę – mówi Wencel.

Lechia ma jednak ściśle określoną tożsamość. Arka wciąż tej  tożsamości poszukuje. Kibice żółto-niebieskich szczycą się tym, że ich klub jest jednym z najstarszych w Polsce i powstał długo przed gdańską Lechią, bo w roku 1929. Prawda jest jednak taka, że pod nazwą Arka, funkcjonuje dopiero od 1952 roku (Kolejarz Arka), a tak  naprawdę od roku 1962. Wcześniej było kilka fuzji i połączeń różnych gdyńskich klubów.

- Lechiści wypominają nam dużo fuzji. Ale klub był zawsze w tym samym miejscu i jest to pewna ciągłość. To nie były takie fuzje jakie miały miejsce w Lechii, kiedy nagle się pojawiła Lechia/Olimpia czy Lechia/Polonia, zmieniano nazwę, kupowano miejsce w lidze. Arka to od zawsze jeden i ten sam klub – twierdzi poeta.

Arka stara się szukać zwolenników w całym regionie Kaszub, a dyrektor Robert Potargowicz nie ukrywa, że właśnie tam będzie szukał nowych kibiców. – I tak większość kaszubskich miejscowości kibicuje Arce. Ale chcemy, by z Wejherowa, czy Władysławowa przyjeżdżały do nas pełne autobusy kibiców na każdy mecz.

Dla wielu kibiców z Gdańska najważniejszym meczem w historii jest spotkanie derbowe z 20 czerwca 1984 roku. Dwie kolejki przed końcem sezonu Lechia musiała wygrać by awansować do I ligi. Dla Arki przegrana  z kolei oznaczała spadek do  III. Mecz odbywał się na starym stadionie  Arki. Obiekt ten słynął z naturalnej trybuny – tak zwanej „Górki”, gdzie zasiadali najwierniejsi kibice. Lechia wygrała tamten mecz 4:1, a hat-tricka ustrzelił Jerzy Kruszczyński, późniejszy król strzelców II ligi. Mecz przeszedł do historii jednak z innego powodu. Był to największy wyjazd – o ile tak można nazwać wycieczkę za miedzę – w historii klubu. Na stadionie Arki pojawiło się 15 tysięcy przyjezdnych z Gdańska. Już przed meczem lechiści wyparli z „Górki” kibiców Arki i zajęli ich miejsca. – To był najwspanialszy mecz, nie zamieniłbym go na żaden inny – mówi Zbyszek, wieloletni kibic Lechii, drugi podczas szturmu na „Górkę”. – Graliśmy jak u siebie. Lechia miała cały czas  przewagę, wysoko wygraliśmy, awansowaliśmy do pierwszej ligi, a Śledzi spuściliśmy do trzeciej.

Dla Wencla tamten mecz także jest niezapomniany. – Zdobycie „Górki” przez kibiców Lechii było jak najazd  barbarzyńców. W sensie, że jest klub normalny, który gra w piłkę, i  któregoś dnia przyjeżdżają hordy, wdzierają się, rzucają kamieniami. Oczywiście kibice Arki też rzucali, ale była to wojna obronna – mówi Wencel.

- Czy to prawda, że to pan ściga Ryszarda Krauze, właściciela Arki, by wykończyć lokalnego rywala jeszcze przed meczem – pytamy Kurskiego. – Niekoniecznie, ale możecie tak napisać, to notowania mi skoczą przed wyborami – żartuje poseł.

Co ciekawe Kurski, podobnie jak Wencel stara się wykazać, że to jego klub miał zawsze trudniej. – Jest na pewno u mnie niechęć do Arki. Oni dawali w łapę i mają kasę. Lechia nie dawała i dzisiaj klepie biedę. To niesprawiedliwość dziejowa – mówi poseł.

To dlatego Kurski  próbował namówić państwową firmę, by ta pomogła klubowi. Lotos miał stać się alternatywą dla Prokomu Krauzego. Do dzisiaj Kurskiemu to wypominają, chociaż on sam jest  przekonany, że robił słusznie.

Rywalizacja obu klubów jest przedłużeniem wyścigu i rywalizacji między miastami.

- Z jednej strony mamy historię, z drugiej dynamikę, ale też historię. W końcu to właśnie tutaj, w Gdyni, Polska miała zawsze dostęp do morza – mówi dyrektor Arki Potargowicz.

Słowa te potwierdza Jenek: – Miasta od zawsze rywalizowały. Gdynia była budowana w opozycji do Gdańska, jako alternatywa. Gdańszczanie uważają, że gdynianie mają kompleks małego miasta, gdynianie posądzają nas o sympatyzowanie z Niemcami i  tradycjami Wolnego Miasta.

Gdynia prawa miejskie zyskała dopiero w 1926 roku. Z kolei Gdańsk wywodzi się z X wieku, a miastem jest od 1263 roku. Gdańszczanie – i kibice Lechii – są niezwykle dumni z ponad tysiącletniej tradycji. To jednak Gdynia ostatnio rozwija się niezwykle szybko i prężnie. – W Gdyni wszystko dzieje się szybciej się dzieją rzeczy niż w Gdańsku, Jeśli w Gdańsku ma stanąć hala sportowa to się o tym mówi, mówi i mówi. Z kolei w Gdyni się ją po prostu buduje -  mówi Potargowicz.

- Różnice między tymi dwoma miastami można nieco żartobliwie określić następującym hasłem: wolne miasto Gdańsk, szybkie miasto Gdynia – śmieje się Wencel. – Nie jestem wielkim fanem Gdyni, ale faktycznie widać, że jest to miasto zdecydowanie bardziej nowoczesne. W Gdyni można głębiej oddychać, jest więcej wolności. Jest to nowoczesne  miasto portowe. Nie za wielkie, ale nie rości sobie pretensji do zostania stolicą świata. To nie gdynianie mają kompleks Gdańska, raczej odwrotnie. Myślę, że jestem obiektywny, bo nie mieszkam w żadnym z wymienionych miast tylko w kaszubskiej wiosce.

Dzisiaj oba kluby starają się być nowoczesne. Obaj dyrektorowie przekonują, że chcą wypracować własny styl, ale w oparciu o najlepsze europejskie wzory. Wygląda to jakby Potargowicz i Jenek byli na wspólnym szkoleniu. – Program lojalnościowy dla kibiców na wzór Olympique Lyon: zniżki w dyskotekach, barach, taksówkach, czy salonach fryzjerskich – mówią obaj niemal tymi samymi słowami. – stawiamy mocno na szkolenie młodzieży, oczywiście wzorując się na Ajaksie Amsterdam.

Kluby współpracują też przy organizacji derbów, dyrektorowie spotkali się na kolacji, by omówić kilka szczegółów: – Nie wiem jednak dlaczego, ale pan Jenek nie chciał zjeść śledzia w śmietanie – śmieje się Potargowicz.

Wszyscy nasi rozmówcy prosili nas tylko o jedno – panowie nie nakręcajcie tylko agresji. I tak jest ciężko. Dziesięć lat nie było derbów, może te będą inne.

Oczywiście nikt nie ma wątpliwości, że nagle kibice Arki i Lechii staną się przyjaciółmi, ale wszyscy w Trójmieście życzą sobie, by tym razem obyło się bez awantur. – Rywalizacja między miastami jest bezsensowna. Zamiast współpracować rywalizują ze sobą stocznie, hurtownie rolne. To rywalizacja ambicjonalna, na szkodę obu miast. Podobnie jest z klubami – podsumowuje Kurski i na koniec dodaje – Nie mówię tego w ramach kampanii wyborczej. Gdynia to nie mój okręg.

RAMKA

Derby Trójmiasta wcale nie odbywały się często. Na szczeblu centralnym (od III ligi wzwyż) rozegranych zostało zaledwie 25 takich meczów (20 w II lidze, 4 w III i raz w Pucharze Polski). Nigdy nie doszło do spotkania między tymi rywalami w ekstraklasie! Najczęściej – bo aż 11 razy – drużyny dzieliły się punktami. Więcej zwycięstw ma jednak Arka, która wygrała osiem spotkań, a Lechia o dwa mniej.

Marek Wawrzynowski Piotr Żelazny

Dziennikarze działu sport

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.