Żelazny punkt widzenia

Sylwetka Wojciechowskiego i o co chodzi ze stadionami?

Posted in AKTUALNOŚCI, SYLWETKI by zelaznypunktwidzenia on Czerwiec 21, 2009

Dużo ostatnio było hałasu wokół Józefa Wojciechowskiego. Tę jego sylwetkę zrobiłem jeszcze przed zwolnieniem Jacka Zielińskiego i krótką zmianą jaką dał Bobo Kaczmarek, który został wywalony po tym jak nie przegrał meczu(? – nie chce mi się sprawdzać, ale chyba tak było). No i przede wszystkim przed zapowiedziacmi o przeniesieniu Polonii do Zabrza.

Ta ostatnia historia zresztą mnie śmieszy. To była bardzo przejrzysta zagrywka Wojciechowskiego. Wiadomo, że ludzie z Polonii są poruszeni tym, że miasto zupełnie nie pali się do pomocy klubowi. Najbardziej boli ich to, że Warszawa buduje nowy stadion Legii, a Polonii na razie zwiększyła czynsz. Wojciechowski wypuścił klasyczny przeciek kontrolowany, by zwrócić uwagę na ten problem. Wiedział doskonale, że kibice się oburzą, rozpoczną protesty, sami urzędnicy zresztą się też mocno zastanowią, czy nie warto jednak pomóc Polonii (Wojciechowskiemu), bo cena jaką przyjdzie im zapłacić – strata klubu z tradycjami, mocno w Warszawie zakorzenionego – jest jednak zdecydowanie za duża. Według mnie zagrywka Wojciechowskiego była elementem gry jaką jest twardy biznes, a z rzeczywistością nie miała wiele wspólnego.

Zupełnie inną kwestią jest to, czy miasto powinno w ogóle się angażować w modernizację stadionu Polonii? Dla mnie skandalem jest, że w tej chwili budowane są już dwa stadiony w Warszawie – oba z publicznych pieniędzy. Narodowy z kasy państwa, Legia z kasy miasta. Ja jako mieszkaniec Warszawy oddaje więc swoje podatki na budowanie obu. A mimo że jestem fanatykiem piłki, uważam, że te pieniądze znalazłyby jednak znacznie bardziej wartościowe zastosowanie. Rządząca w Warszawie Platforma weszła w jakieś bardzo niejasne konszachty z ITI. Po daje kasę na stadion, a ITI odwdzięcza się całkowitą nietykalnością PO w TVN 24. Tak to przynajmniej wygląda z dystansu. Wiadomo, że nikt czegoś takiego nie potwierdzi. Pamiętacie jednak słynną akcję “widelec”, kiedy to zatrzymano idących (!!!) na stadion (Polonii zresztą) kibiców Legii. TVN 24 zrobiła z tego wydarzenia news dnia. Latające kolorowe paski na dole ekranu, eksperci, transmisje na żywo. Niebezpieczni chuligani siejący spustoszenie i strach, okazali się uzbrojeni w… widelec. TVN nawet nie wyczuła jakie to jest śmieszne i ten nieszczęsny widelec pokazywano z każdej niemal strony. O co w ogóle chodzi?

Zbytnio odszedłem w tej dygresji od tematu. W Warszawie nie ma na razie zapotrzebowania na dwa stadiony. a Wojciechowski chce żeby i trzeci był modernizowany z pieniędzy publicznych. Dlaczego ITI i JW nie budują stadionów z własnej kieszeni? Nie potrafię tego zrozumieć. Nie chodzi o to, że właścicieli nie stać na takie inwestycje. Stać.

O co więc? Na pewno przeszkadza biurokracja związana z tym, że nie wiadomo, do kogo należy ziemia – powinna należeć do klubów,  – a, co za tym idzie do kogo należy stadion. Wszędzie na świecie – oprócz we Włoszech – właścicielami stadionów są kluby właśnie. Nie wydaje mi się jednak, by ta kwestia (własności) była decydującym czynnikiem.

Co więc? Wydaje mi się, że zarówno ITI jak i Wojciechowski po prostu zdradzają swoje plany. Pokazują, że traktują te inwestycje krótkofalowo. Nie opłaca im się inwestować w stadiony, bo zanim im to się zwróci, ich już w klubach nie będzie. Miasto nie powinno jednak na coś takiego iść i nie ulegać szantażowi. Swoją drogą słyszałem, że Warszawa wykładając mega kasę na Legię jednak zastrzegła coś dla siebie. Będzie miała prawo (!) organizować dwie imprezy rocznie (!!!). Bawo! Interes życia.

Totalnie odbiegłem od tematu. Zapraszam do lektury sylwetki Józefa Wojciechowskiego

Pan i władza Józef Wojciechowski

Ma jacht, własny samolot i bentleya, a właściwie dwa – służbowego i prywatnego. Wszyscy wokół go chwalą za uczciwość, bezinteresowność i wielkie serce, oraz fantastyczny zmysł do biznesu. Z drugiej strony mieszkania, które produkuje JW Construction, uchodzą za produkt jakości co najmniej wątpliwej, a sam prezes nie płaci od lipca zawodnikom rezerw Polonii Warszawa, której jest właścicielem. Kim jest Józef Wojciechowski, twórca największej firmy deweloperskiej w Polsce, człowiek, który ma marzenie, by Czarne Koszule były czymś więcej niż tylko klubem piłkarskim?
Ludzie, którzy spotkali na swojej drodze Wojciechowskiego różnie o nim mówią, co do jednego zgodni są jednak wszyscy. – To facet cholernie twardy, z niesamowicie mocnym charakterem – twierdzi były prezes Polonii Warszawa, a jeszcze wcześniej odpowiedzialny za PR w JW Construction, Jacek Bazan. – Zbudować firmę od podstaw, bez pomocy obcego kapitału, bez żadnej w ogóle zewnętrznej pomocy, to cholernie ciężka sprawa.
-  Wojciechowski na pewno jest człowiekiem sukcesu, i trzeba to sobie uczciwie powiedzieć. Ma nosa do biznesu, ale nie każdy, kto ma tę cechę potrafi być jeszcze skuteczny. A on owszem – to z kolei opinia Ryszarda Matkowskiego, byłego prezesa zarządu JW. – Sam się nie oszczędza. Pracoholikiem jednak nie jest, przynajmniej już nie teraz. Nauczył się korzystać z owoców swojej pracy. Nie bazuje tylko na jednej opinii.  Po pierwsze sam ją sobie wyrabia, po drugie słucha wielu doradców i wyciąga wnioski.
Właściciel dość niespodziewanego mistrza jesieni pochodzi z niewielkiej wsi, gdzieś w pobliżu Koszalina. Niezbyt chętnie mówi o swoim trudnym dzieciństwie wiadomo jednak, że dziś człowiek, który w każdej chwili może wsiąść w prywatnego jeta i polecieć na drugi koniec świata, do szkoły chodził kilka kilometrów na piechotę, na bosaka.
– W Polsce mówi się, że pierwszy milion trzeba albo ukraść, albo dostać. Akurat w przypadku Wojciechowskiego to się nie sprawdza. Nie miał od  kogo dostać, nie miał też możliwości, nawet gdyby chciał, by go ukraść – mówi Matkowski.
Szybko wykazał się jednak wspominanym wyżej zmysłem biznesowym. W czasach głębokiego PRL miał sześć restauracji, inne mniejsze interesy i – jak sam to nazywa – geshefty. – Urosłem zbyt duży, jak na ówczesne czasy – mówi Wojciechowski rozpierając się w wielkim skórzanym fotelu. – Władze się zorientowały, że to co robię, jest całkowicie sprzeczne z ich ideami, ich pomysłem na ten kraj. Mogłem więc zostać i nie robić nic, albo zdecydować się na wyjazd i tam startować od zera. Wybrałem tę, jak się później okazało, właściwszą drogę.
Wojciechowski wyjechał do Szwecji, gdzie próbował dalej sił jako restaurator, ale wkrótce na 15 lat wylądował w USA, gdzie rozpoczął to, co dało mu rozgłos i pieniądze, czyli zaczął budować domy. – Po raz pierwszy wróciłem do Polski już po zmianie systemu. Wcześniej nie przyjeżdżałem, bo miałem propozycję współpracy z wywiadem. Otworzyli mi teczkę i tylko czekali na mnie. Więc nie chciałem mieć z tamtą Polską nic wspólnego. Za pierwszym razem w ogóle nie myślałem o powrocie na stałe. Po roku znów przyjechałem i dostałem kilka propozycji biznesu. I tak się powoli, małymi kroczkami, dałem wciągnąć, a  w końcu zadecydowałem, że wracam.
Siedziba JW Construction wiele mówi o samej firmie. Po pierwsze wybudowana jest tam, gdzie najczęściej buduje ten deweloper, czyli na obrzeżach Warszawy. Nie w centrum, bo tam ziemia jest przecież znacznie droższa, więc efekt końcowy w postaci mieszkania też. A filozofia firmy opiera się na budowaniu, dla przeciętnych Kowalskich. Po drugie, delikatnie mówiąc, budynek nie powala na kolana. Odwiedzając największego polskiego dewelopera człowiek spodziewa się  reprezentacyjnej siedziby, ciekawych rozwiązań architektonicznych, może  nawet niekoniecznie luksusu i przepychu, ale czegoś oryginalnego. W  końcu z budowania żyją. Tymczasem jedyną oryginalnością jest różowy kolor budynku, i chociaż o gustach się podobno nie dyskutuje, jest  odpychający. Wnętrze też nie zachwyca: szare klatki schodowe, w  poczekalniach najprostsze tanie meble, brzydkie korytarze, tandetne  obrazki. W toaletach, jak w szkole podstawowej, nieformalne palarnie z wywieszkami przypominającymi o zakazie palenia w całym budynku. Jeden z pracowników pośpiesznie kończy papierosa i spuszcza peta w klozecie. – Pan do szefa? Twardy facet, jak nie jest w humorze, to grube słowa latają po korytarzach. Wszyscy trzęsą przed nim portkami, wzbudza strach.
- Do gabinetu Wojciechowskiego idzie się inną drogą, niż do reszty pracowników. Prywatną, zamykaną na klucz, windą wjeżdża się na ostatnie piętro, gdzie w efektownie i gustownie udekorowanym sekretariacie, czekają dwie niezwykle sympatyczne i oczywiście bardzo ładne asystentki (Wojciechowski słynie ze słabości do pięknych kobiet) które natychmiast zajmują się delikwentem. Po jakimś czasie masywne drzwi po lewej stronie się otwierają i wchodzi się do gabinetu, który jest skrzyżowaniem biura, salonu, baru (tak, tak w jednym z rogów stoi barowa lada i wysokie stołki) oraz… puszczy. Egzotyczne rośliny stoją niemal w każdym kącie.
Wystawny styl życia i wysokie pozycje na corocznych listach najbogatszych niektórych kłują w oczy. Fora internetowe pełne są oskarżeń o kolaborację z władzami komunistycznymi: – Bzdura – oburza się prezes – Jak wiadomo, to właśnie komunizm zmusił mnie do wyjazdu z Polski, a IPN przyznał mi status poszkodowanego.
Inni mówią, ze Wojciechowski jest przyjacielem znanego na Pomorzu gangstera Nikosia  -Nikoś? Oczywiście, że go znam, ale właściwie powinienem powiedzieć, że to on zna mnie. W latach 70. kiedy prowadziłem swoje interesy Nikoś w firmie moich znajomych mył samochody klientów – mówi i wybucha śmiechem.
JW. Construction nie ma zbyt dobrej opinii wśród konsumentów. Pocztą pantoflową rozeszła się taka etykietka, że budują w miarę tanio, szybko, ale nieporządnie. – Zła opinia ciągnie się za JW od początku lat 90. Wtedy cała branża, wszyscy, dopiero się uczyliśmy. Przestawialiśmy się z myślenia o ilości, na myślenie o jakości. Oczywiście  wykorzystaliśmy fakt, że na mieszkania był ogromny popyt, więc budowaliśmy tak, by stać na nie było przeciętnych ludzi. Faktycznie
materiały których używaliśmy nie były z najwyższej półki, ale te
same firmy zaopatrywały w materiały innych deweloperów. Jak się taka łatka
przyklei, to trudno się tego pozbyć – tłumaczy Matkowski.
Wreszcie kolejny zarzut jest taki, że Wojciechowski lubi otaczać się politykami. Potwierdza to także anonimowy pracownik JW. – O tak, ludzie władzy zawsze tu są mile widziani.
- Gdy tylko zbliżała się kampania wyborcza przez gabinet Józka przetaczały się tabuny polityków. Z wszystkich opcji politycznych i z lewej strony i z prawej  – wspomina Matkowski.
Prezesem zarządu JW. Construction była poseł Barbara Blida, Matkowski ma za sobą epizod w urzędzie mieszkalnictwa. Wreszcie teraz na emeryturę w JW. załapał się Józef Oleksy, który został zatrudniony w charakterze doradcy prezesa do rynku wschodniego. W gabinecie Oleksego cały czas włączony jest telewizor nadający TVN24. – Wie pan to trochę jest nałóg – mówi były premier – Teraz jednak oglądam kolegów z większego dystansu.
Oleksy został zatrudniony w JW gdyż firma wchodziła na rynek wschodni. Już w tej chwili wybudowała osiedle pod Moskwą, a także w Soczi. – Ponieważ się bardzo dobrze z Wojciechowskim znaliśmy poprosił mnie, bym pomagał w bardziej sformalizowany sposób. Firma była w przededniu ekspansji na Wschód, a ja dobrze znam tamten rynek – mówi Oleksy.
Dla niektórych nawet zbyt dobrze. W końcu ze stanowiska premiera musiał ustąpić po tym jak został oskarżony o bycie rosyjskim szpiegiem o kryptonimie Olin.
Wojciechowski odrzuca oskarżenia, że firma budowlana, w której pracują politycy, ma łatwiej od konkurencji. – W czym mogło mi pomóc to, że Blida była posłanką? W niczym. Moja firma nigdy nie startowała w przetargach publicznych, nie kupowaliśmy nigdy publicznych gruntów. Jeżeli jakiś polityk miałby mi pomóc, to na szczeblu gminy, ale nie poseł. Urzędnik z gminy mógłby na nas
przychylniej popatrzeć, dać nam pozwolenie itd. A Olkesy? Zatrudniłem go jako eksperta od Wschodu, ale przez kryzys ta operacja została wstrzymana. W tej chwili Olkesy zajmuje się energią odnawialną. Tak naprawdę mógłby to robić każdy, niekoniecznie polityk, ale jego akurat znam, jemu ufam.
W podobnym stylu, co firma zaczyna być budowana warszawska Polonia, którą prezes kupił kilka lat temu. Na stanowisko prezesa klubu przymierzany był sam Michał Listkiewicz. Niedawno Wojciechowski w wywiadzie dla „Piłki Nożnej” powiedział, że w połowie stycznia z pracy w kadrze zrezygnuje Leo Beenhakker, co otworzy furtkę do zatrudnienia, go przy Konwiktorskiej.
- Znam Josepha dość dobrze, spotykamy się czasem na kolacji, czy lunchu. Rozmawiamy o piłce, pyta mnie o moje zdanie na temat Polonii. Co do wywiadu, to nie wiem dlaczego tak powiedział. Mogę powiedzieć, tylko, że to klasyczne myślenie życzeniowe. Do Polonii na razie się nie wybieram – mówi selekcjoner. – Wojciechowski nie jest jednak głupi, widział, że moje relacje z nowym zarządem związku nie były najlepsze, widział, że zarysowuje się pewien konflikt.
- Rozmawiałem z Beenhakkerem na kolacji i widziałem jego ogromne
rozgoryczenie i rozczarowanie tym, co się dzieje w PZPN. Mówił mi, że
jedzie na obóz do Turcji, a po powrocie prawdopodobnie nie będzie już
pracował z kadrą. Nie pamiętam dokładnie czy powiedział, że na pewno
odejdzie, czy prawdopodobnie odejdzie, ale był temat. Podzieliłem się
więc tą wiedzą w Piłce Nożnej – ujawnia kulisy Wojciechowski. – To świetny fachowiec. Jasne, że chciałbym mieć go w Polonii. Jak już się bawić w tę piłkę, to z najlepszymi. Jeżeli Beenhakker byłby skłonny zaangażować się w polską piłkę na poziomie klubowym, na pewno dostałby ode mnie propozycję.
To dążenie Wojciechowskiego by być zawsze najlepszym jest dla niego bardzo charakterystyczne. – Jego interesują tylko sukcesy i efekty, najlepiej szybkie efekty. Nie jest cierpliwy, jeżeli Polonia nie będzie odnosić sukcesów, to jego reakcje będą zdecydowane. Jeżeli trener nie będzie miał wyników, to musi się liczyć, ze zmianą miejsca pracy. Wojciechowskiego nie będą satysfakcjonowały wypowiedzi szkoleniowca,  który powie, że musi mieć czas, by wszystko poukładać, który zapowie tytuł w perspektywie dwóch, czy więcej lat – mówi Jerzy Zdrzałka, były szef zarządu JW. Construction.
Coś na ten temat wie Sylwia Gruchała, której sponsorem na  początku XXI wieku był Wojciechowski – To w dużej mierze dzięki niemu mogłam postawić na sport. W 2000 roku miałam 19 lat i osiągnęłam pierwszy wielki sukces w seniorach. Na Maderze zostałam
mistrzynią Europy. Byłam świeżo po maturze, nie wiedziałam jeszcze, co
tak naprawdę chcę w życiu robić. Myślałam o wyjeździe do USA by tam
dalej trenować, ale także o studiach. Po mistrzostwach wiedziałam już,
że chcę postawić na sport, ale nie miałam skąd wziąć pieniędzy.
Wtedy sama poszłam do pana Józefa i poprosiłam o sponsoring. Okazał się
niezwykle otwartym i miłym człowiekiem, który sam ciężko pracował na
swoje pieniądze i postanowił mi pomóc. Nasza współpraca trwała cztery
lata, do igrzysk w Atenach, gdzie zdobyłam brązowy medal olimpijski.
Dla Gruchały brąz był sukcesem, dla Wojciechowskiego porażką: – Każdy powinien dążyć do tego, by być najlepszym. Drugi jest pierwszym przegranym. Jak słyszę, że
ktoś  mówi, że odniósł sukces, bo znalazł się na szóstym punktowanym
miejscu, to łapię się za głowę. Sylwia mnie rozczarowała. Ona wtedy powinna zdobyć złoty medal. Nie dała rady, więc skończyliśmy współpracę.
Teraz o posadę drżeć musi trener Jacek Zieliński, chociaż oczywiście Wojciechowski zapewnia, że szkoleniowiec nie ma czego się obawiać. Jedną z cech prezesa, na którą zwracają uwagę współpracownicy jest chęć zajmowania się wszystkimi sprawami osobiście. – W biznesie to nie zawsze bywa zaletą, a Wojciechowski faktycznie wszystkiego chce dopilnować sam. Ma ograniczone zaufanie do ludzi. Lubi występować z pozycji eksperta. Ingeruje we wszystkie najdrobniejsze aspekty. Zaczynał od zera, od niczego. Osiągnął wszystko ciężką pracą  i stąd to jego ograniczone zaufanie do ludzi, skoro sam potrafił dojść do takiego majątku, to chce mieć wpływ na każdą decyzję. W jeszcze większym stopniu dotyczy to Polonii, bowiem w klub zaangażował swoje prywatne pieniądze. A on je bardzo szanuje – analizuje postawę prezesa Zdrzałka.
- Nie raz oglądając mecz mówił mi żebym dzwonił do trenera, zmienił jakiegoś zawodnika, który rzeczywiście kiepsko grał. Zawsze mu odpowiadałem „Józef, nie da się” – wspomina Bazan. – Nie ma co się jednak dziwić. Wpopował w ten klub mnóstwo pieniędzy, czasami ponosiły go całkiem uzasadnione emocje.
Nam udało się jednak dowiedzieć przynajmniej o jednej wizycie prezesa w szatni piłkarzy. Było to w przerwie meczu z Cracovią, gdy Polonia do przerwy przegrywała 0:1. – po wypiciu dwóch szklaneczek whisky zachowuje się jak prezes b-klasowego zespołu, a nie klubu z ekstraklasy – mówi anonimowo jeden z piłkarzy Polonii.
Sam nie owija w bawełnę, nie kluczy. Zapytany o tamten incydent mówi: – Poniosło mnie. Jestem w końcu tylko człowiekiem. Ale wy dziennikarze zbytnio mitologizujecie szatnię. Podobnie jak każde inne pomieszczenie, za które płacę należy do mojej dyspozycji. Tak naprawdę to ja chciałem trenerowi pomóc. Chciałem żeby piłkarze zobaczyli, że nie grają tylko dla siebie. Że trener też ma presję, którą wywieram ja. Chciałem im to osobiście powiedzieć. Żeby pamiętali, że mają stworzyć widowisko. Grupę kopaczy, którzy grali tylko dla siebie to ja wysłałem do rezerw.
- I od lipca nie zapłacił nam ani grosza – mówi Mariusz Pawlak. – Po przejęciu Groclinu wielu z nas trafiło do czwartoligowych rezerw i próbowali nas złamać. Po złości kazali nam trenować dwa razy dziennie. Liczyli na to, że się zniechęcimy. Przestaniemy przychodzić, a wtedy będzie można rozwiązać z nami kontrakty z naszej winy. My jednak karnie przychodziliśmy, zrobiliśmy nawet listę obecności, żeby nikt nie mógł nam niczego zarzucić.
Wojciechowski bagatelizuje konflikt z piłkarzami rezerw: – Wszystkie zaległości zostaną do 15 stycznia uregulowane. Z większością podpisaliśmy już ugody.
Dziś prezes na kierowanie Polonią poświęca mnóstwo czasu. Nie mógł znaleźć osoby odpowiedniej na stanowisko prezesa sam się więc nim uczynił. W akcie desperacji chciał jednak prezesem uczynić nawet Oleksego. – Z mojej strony nigdy to jednak nie wchodziło w rachubę – mówi były premier.
- Na razie chcę zrobić z Polonii samograj. Tak żeby każdy wiedział co ma robić, tak by nie było żadnych niepotrzebnych niespodzianek. Kiedyś
będę chciał przejść do rady nadzorczej i tylko to nadzorować, ale na razie
muszę się tym zająć osobiście – mówi Wojciechowski.
Przyznaje też, że na piłce sam się nie zna. Korzysta jednak z pomocy doradcy, Anthony Bruins Slota. – Podczas jednego z naszych wspólnych lunchów Joseph spytał mnie, czy nie znam kogoś, kto mógłby mu pomóc w sprawach skautingu, organizacji klubu itd. Wspomniałem mu o Tonnym Bruinsie Slocie, bo to jeden z najlepszych fachowców na świecie. Dałem mu do niego numer telefonu, zadzwoniłem do Slota, przygotowałem grunt – mówi Beenhakker.
Slot jest byłym asystentem Johana Cruyffa i Ronalda Koemana. Uchodzi za piłkarskiego fanatyka, który godzinami może rozmawiać o taktycznych zawiłościach. – Nie wyobrażam sobie na dziś mojej pracy w Polonii, bez odpowiedniego doradcy. Nie jestem fachowcem w kwestii futbolu. Muszę więc otoczyć się odpowiednimi ludźmi. Najlepszymi. Muszę umieć rozmawiać z trenerem, dyrektorem sportowym itd. Muszę zderzać ich argumenty z moimi. Ale skąd ja mam wziąć swoje, skoro się na tym nie znam. Potrzebowałem więc
fachowca na doradcę. Dzięki tym konfrontacjom, tym zderzeniom argumentów wypracowaliśmy jakiś model i jakiś sukces. W końcu zostaliśmy mistrzem jesieni – mówi Wojciechowski. – Byłby pan zdziwiony stanem wiedzy jaki posiada Slot. On zna każdego chyba niemal polskiego piłkarza. Nie mówię tylko o poziomie ekstraklasy, ale także o młodej ekstraklasie i reprezentacjach, do U-16 włącznie.
Sam Slot z prasą rozmawiać nie chce. – Nie będę się wypowiadał na temat Polonii, ponieważ nie jestem nawet w niej zatrudniony – mówi Holender.
Czy taka mieszanka wybuchowa zapewni warszawskiemu klubowi upragnione mistrzostwo? – Głupio byłoby przy tej chimerycznej lidze i postawie reszty nie wygrać– stwierdza Wojciechowski. – Jeżeli wygraliśmy jesień, podczas gdy nasz najlepszy piłkarz, Radek Majewski, był w fatalnej formie, to mamy ogromną szansę. Szczególnie, że Majewski odgraża się, że ta forma przyjdzie.
Ludzie z otoczenia Wojciechowskiego wiedzą jednak, że dla prezesa mistrzostwo owszem jest celem, ale marzy mu się przede wszystkim zrobienie z Polonii fenomenu towarzysko-kulturalnego. Czegoś w tak doskonale znanym prezesowi amerykańskim stylu. – On chce stworzyć z Polonii
coś, co byłoby w Warszawie modne. Żeby Polonia była w pewnym sensie wydarzeniem towarzyskim, kulturalnym. By mecz był tylko pretekstem. By na stadionie pojawiały się całe rodziny. By w dzień meczy było mnóstwo imprez towarzyszących, a mecz sam był tylko zwieńczeniem tego bogatego dnia. Jednym słowem by było show. To jest 16 lat pobytu w Stanach Zjednoczonych – mówi Matkowski.
- Gdyby nie biurokracja i opieszałość władz Warszawy, Wojciechowski już by realizował ten projekt obudowy kulturalno, rozrywkowej Polonii – twierdzi z kolei Oleksy. – Ma naprawdę świetne pomysły jak to zorganizować, ale miasto wciąż nie chce potraktować Polonii jako wizytówki.
Największym wrogiem Wojciechowskiego jest w tej chwili z pewnością kryzys finansowy. – Z tego co wiem, to najbliższy rok trzeba po prostu przeczekać – mówi były premier. – Budownictwo wciąż ma jednak wielkie perspektywy. Cały czas rynek nie jest nasycony. Wojciechowski to prawdziwy człowiek człowiek sukcesu, self made man, więc poradzi sobie i teraz.

(Prawie) Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki

Posted in SYLWETKI by zelaznypunktwidzenia on Czerwiec 19, 2009

Ten tekst napisałem przed wyborami na prezesa PZPN. Wówczas jeszcze wydawało się, że jednym z kandydatów (z góry zresztą skazanym na porażkę) będzie Ryszard Czarnecki. Dziś Rysiu – albo raczej Richard Francis – został właśnie wybrany na drugą kadencję do europarlamentu.

Trzeba przyznać, że Rysiek się zna na piłce, a przede wszystkim zna mnóstwo osób w piłce. Inna sprawa, że myśli, że zna się o niebo lepiej i jest święcie przekonany, że zna też znacznie więcej wpływowych osób. Bo to nie jest do końca tak, że pan Czarnecki ściemnia. On chyba naprawdę żyje trochę w swoim świecie, w którym wszystko wokół Richarda Francisa się obraca.

Rysiek umie żyć z mediami. Czasami nawet aż za bardzo. Potrafi sam zadbać o to, by się o nim pisało. Zresztą nie zawsze tak naprawdę obchodzi go jak. Ważne żeby pisano. Pamiętam sytuację jak miałem się przygotować do jednego z tekstów o PZPN. Zadzwoniłem do pana posła, umówiłem się z nim. Jeszcze przez telefon powiedział mi, że będzie miał dla mnie pewną niespodziankę. Przyjechałem do Sheratona, zamówiliśmy kawę – chociaż nie, Richard Francis pił herbatę, podobnie zresztą jak podczas naszego spotkania na lotnisku w Krakowie, gdy pisałem ten tekst, no ale w końcu Richard Francis urodził się w Londynie. To zobowiązuje. Anyway – zaczęliśmy rozmawiać, pan poseł sygnalizując oczywiście, że wie znacznie więcej, udzielił mi kilku informacji. W końcu spotkanie dobiegło końca, zaczynamy się żegnać, a pan Czarnecki jeszcze mówi – Panie Piotrze, obiecałem, że panu coś dam, może to się panu kiedyś bardzo przydać – i zaczął sięgać do torby.

Nie powiem że byłem zainteresowany, co też Rysiu chce mi dać. Faktycznie jakiś upominek, tak na zacieśnienie znajomości, czy może jednak jakieś kwity na działaczy – w końcu po to się spotkaliśmy. Rysiek wyjął z torby… gazetkę europarlamentu, w której była relacja z gali przyznania jakichś nagród dla europosłów, na której to gali pan Richard Francis został nagrodzony, za… coś tam. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam za co. No piękna niespodzianka.

Ale tak w sumie, to jednak Rysiek miał rację   – przydała się. Mogłem napisać tutaj tę pyszną anegdotkę.Ok, do rzeczy. Tekst może zupełnie od czapy, ale i sam Czarnecki mocno od czapy jest…

Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki

Ryszard Czarnecki uchodzi za jednego z bardziej egzotycznych kandydatów na prezesa PZPN. Były wiceminister kultury w rządzie Hanny Suchockiej i minister bez teki u Jerzego Buzka znany jest głównie ze swojego bloga i radykalnej zmiany z ZCHN na Samoobronę.

O tym, że Czarnecki nie ma szans na zostanie prezesem mówią wszyscy w środowisku. Znajdują się jednak nawet tacy, którzy wątpią, czy zbierze 15 pisemnie zgłoszonych wyrazów poparcia dających możliwość startowania w wyborach. – Gdybym nie wierzył w to, że wygram to bym w ogóle nie startował – mówi europoseł z ramienia Samoobrony, dziś niezrzeszony, flirtujący z PiS – Kto na mnie zagłosuje? Wszyscy, którym zależy na zmianie polskiej piłki, wszyscy, którzy widzą, że nie wykorzystujemy ogromnego potencjału jaki mamy – mówi enigmatycznie, ale konkretów: nazw klubów, czy związków regionalnych, które miałyby według posła go poprzeć nie chce jednak wymieniać. – Jeszcze nie czas. Wnioski na których składane są wyrazy poparcia zostały dopiero rozesłane.

Czarnecki w polskiej polityce, albo gdzieś na jej obrzeżach, funkcjonuje od wielu już lat. Ma jednak opinię politycznego spadochroniarza. Często wypomina mu się, że nie jest ideowcem, tylko wybiera wygodniejszą dla siebie opcje, byle być w świetle fleszy. – To niesprawiedliwa etykietka, która się do Rysia przykleiła – broni swego, jak sam podkreśla byłego, przyjaciela Stefan Niesiołowski. Obaj dziś są po różnych stronach politycznej barykady, ale łączy ich wiele lat wspólnej działalności w ZCHN. – Czarnecki tak naprawdę był tylko w dwóch partiach. Problem w tym, że zmiana z ZCHN na Samoobronę zaszokowała wszystkich. Podobną opinię ma Andrzej Celiński, który swego czasu zmienił Unię Wolności na SLD. Takie rzeczy się zapamiętuje. To prawdziwa wolta polityczna. Ja nie rozumiem tego co dziś Rysio robi. Co ciekawe dokładnie to samo o Niesiołowskim mówi Czarnecki.

– Nie rozumiem tego, co Kostuś, bo tak od drugiego imienia go nazywaliśmy, dziś robi. Czarnecki nie zgadza się jednak, że zmiana ZCHN na Samoobronę może być odbierana jako zdrada ideałów. – Dlaczego niby tak miało by być – pyta unosząc brwi. – Poszedłem do partii ludowo-narodowej. Opracowywałem kilka kwestii do programu Samoobrony i nawet dziś bym się pod nimi podpisał. To nie moja wina, że w pewnym momencie Andrzej Lepper zaczął grać w jakąś swoją grę. Nie był partnerem koalicyjnym.

- Mam pretensje do Czarneckiego – kiwa aktorsko głową Lepper. – Czuję się oszukany, nie powinienem był się zgadzać, żeby zostawał członkiem Samoobrony. Puściłem nawet w niepamięć wypowiedzi, w których domagał się zamknięcia mnie w więzieniu, za obłożenie rózgami komornika. Dałem się oszukać nazwisku, jego oczytaniu i manierom. W pewnym momencie jednak nie grał już z nami w drużynie. Chciał żeby Samoobrona została wasalem PiS. Czarneckiego nie przekonują argumenty, że awanturniczą partię która zawsze kojarzyć się będzie z wysypywaniem zboża na tory i jej lidera, który dla wielu pozostaje tym, który w kufajce, kaloszach i t-shircie z orłem, awanturuje się policja, wyprowadził na salony. Szczególnie, że Czarnecki ma opinię obytego, oczytanego i świetnie wychowanego człowieka. Niesiołowski. – Rysio ma fantastyczne poczucie humoru. Wszystkie aluzje łapie w lot, rozumie zawsze doskonale o co chodzi. Zna się na literaturze, historii i teatrze. Środowisko piłkarskich działaczy, na czele których chce teraz stanąć Czarnecki także nie słynie z jakichś szczególnych manier i obycia. Jak europoseł ma zamiar znaleźć z nimi wspólny język?

– To wbrew pozorom wcale nie jest takie głupie pytanie – zaczyna odpowiadać Czarnecki, po czym chwilę myśli szukając odpowiednich słów. Wreszcie wzdycha. – Cóż, odpowiem dyplomatycznie, jestem w stanie znaleźć wspólny język z każdym. Na pewno najłatwiej będzie mu osiągnąć porozumienie z prezesem Ekstraklasy S.A. – Andrzejem Rusko. Obaj dżentelmeni blisko ze sobą współpracowali na przełomie wieków, gdy rządzili w WTS Wrocław, klubie… żużlowym. Właśnie z jeżdżącymi w lewo motocyklami najbardziej kojarzony jest Czarnecki. Rusko był prezesem, a Czarnecki jego zastępcą. Chociaż przez dwa lata (1999-2001) także i ówczesny poseł AWS pełnił funkcję prezesa. – Mieliśmy najwyższy budżet w lidze – chwali się Czarnecki.

Właśnie bogactwo wrocławskiego klubu było solą w oku dla reszty klubów. Jednym z najbardziej zagorzałych przeciwników Ruski i Czarneckiego był ówczesny prezes Unii Leszno, Rufin Sokołowski. – Kiedyś zorganizowaliśmy spotkanie wszystkich prezesów. Chcieliśmy ustalić wspólną politykę wynagradzania zagranicznych zawodników. Wszystko ustaliliśmy i jakiś czas później przy okazji mistrzostw polski juniorów sprowadziliśmy notariusza, by to podpisać – opowiada Sokołowski. – Wtedy Czarnecki wstał i zaczął mnożyć problemy. A to, że w akcie notarialnym sumy nie mogą być zapisane w euro, za chwilę coś innego. Ostatecznie nie podpisaliśmy niczego. – Co w tym dziwnego – broni się Czarnecki. – Prezesi innych klubów chyba nie zauważyli, że czasy centralnego planowania się skończyły, a w Polsce mamy gospodarkę wolnorynkową. Dlaczego jeden zdecydowanie bogatszy klub miał się dostosowywać do reszty? Owszem w NBA są jakieś limity zarobków, tego typu sprawy, ale jak można nasz żużel porównywać do takiej machiny jak NBA? Liga nas nie lubiła, a w Lesznie mnie i Ruski wprost nienawidzili. Gdy tylko Czarnecki został prezesem WTS do klubu natychmiast zaczęły wpływać pieniądze, i to grube. Nie ma w tym nic nagannego, wręcz przeciwnie. Moralnie dwuznaczne było tylko to, że absolutna większość ze sponsorów, których pozyskał poseł Czarnecki, to były firmy państwowe, jak KGHM, Poczta Polska, czy Dialog.

– Nie ma przypadku w tym, że Rusko zrobił Czarneckiego prezesem, kiedy ten był posłem na sejm, a gdy tylko kadencja się skończyła, znowu zamienili się miejscami – mówi Sokołowski. – Podobnie jak nie ma przypadku w tym, że Czarnecki chęć kandydowania na prezesa PZPN zgłosił wtedy kiedy komisarzem w związku został Rusko. – Oczywiście, że wykorzystywałem polityczne koneksje, by zdobyć sponsorów – unosi się Czarnecki. – Ale co w tym złego? To chyba świadczy o mojej skuteczności? Kto powiedział, że firmy państwowe nie mogą sponsorować sportu? Wystarczy popatrzeć na to co się dzieje w Rosji. Przecież to Gazprom, kontrolowany przez państwo, stworzył potęgę Zenita. Niechęć środowiska żużlowego o mało nie skończyła się dla Czarneckiego tragicznie.

– Rozgrywaliśmy w Lesznie bazo ważny dla obu stron mecz. My musieliśmy wygrać żeby zostać mistrzem, WTS walczył o utrzymanie i niestety zwyciężył – wspomina Sokołowski. – Czarnecki manifestował radość przed sektorem szalikowców Unii. Pokazywał im szalik Wrocławia, prowokował. – Nagle podbiegł do mnie od tyłu jeden z chuliganów i uderzył w głowę – wspomina poseł. – Szkoda, ze nie miał na tyle odwagi, by załatwić to jak mężczyzna. Miałem wstrząśnienie mózgu, lekarze dali mi miesięczne zwolnienie. Czarnecki jednak nie skorzystał z L4 i cały czas uczestniczył w obradach sejmu. – Paradował dumnie w gorsecie. Zrobił z tego szopkę. Najlepsze jest to, że w Lesznie nie poszedł ani na policję, ani do szpitala. Tak fatalnie poczuł się dopiero we Wrocławiu, co mu jednak nie przeszkodziło wziąć udziału w bankiecie – szydzi były prezes Unii Leszno. – Gdy jechał na badanie tomografem przypadkowo przed szpitalem czekali fotoreporterzy. Spóźnił się ktoś z Super Expressu, to mu przypozował raz jeszcze. Można poznać po koszuli, bo we wszystkich gazetach miał jednego koloru, a w tej jednej innego. Ofiara nie chce przyznać, że chodzenie w gorsecie było działaniem pod publiczkę – Panie redaktorze miałem stwierdzone wstrząśnienie mózgu – mówi udając wzburzonego, ale uśmiech mu się czai na ustach. Widać, że sam się powstrzymuje by nie wybuchnąć śmiechem. Wedle niektórych posada prezesa WTS miała być dla Czarneckiego odskocznią do zwycięstwa w wyborach na prezydenta Wrocławia. Poseł jednak nie został wybrany na urząd.

– Pan mówi, że zajmowanie się żużlem miało mi pomóc? Skądże znowu, wręcz przeciwnie mi to zaszkodziło. Cały czas słyszałem głosy, że Czarnecki to teraz się żużlem zajmuje, więc nie w głowie mu zwykli obywatele. W Polsce wcale nie jest dobrze widziane, jak politycy angażują się w sport. Gdy Jan Krzysztof Bielecki, wielki sympatyk futbolu, był premierem usłyszałem kiedyś takie wierszyk wygłoszony przez starszego pana. Jan Bielecki w piłkę gra, emerytów w dupie ma – mówi wyraźnie zadowolony. Rozmowa z Czarneckim jest bardzo przyjemna. Poseł co chwila opowiada jakieś anegdoty, wspomina. Widać, że się doskonale zna na sporcie i wcale nie tylko na futbolu. Z pamięci wymienia skład koszykarskiej reprezentacji Polski z połowy lat 80-tych i meczu ze Związkiem Radzieckim. Nie ma też problemów z nazwiskami przeciwnika. Gdy uprzedzam rozmówcę, że teraz padnie kilka zarzutów i niezbyt przyjemnych opinii, które pod jego adresem wygłosili politycy gestykulując wywracam kubek z kawą. Czarnecki zaczyna się śmiać jak dziecko i od razu żartuje – Widzi pan! Niech pan o mnie źle nie mówi. Wszystkie jednak zarzuty przyjmuje z miną pokerzysty. Janusz Korwin Mikke mówi o Czarneckim w ten sposób: – To niezwykle inteligentny facet. Spotkać się z nim przy kawie i porozmawiać jest wielką przyjemnością. Skąd jednak ten pomysł, by kandydować na prezesa PZPN? Przecież czego on się nie dotnie to spieprzy – uderza polityk w mocne tony. – Nie powierzyłbym mu nawet folwarku. – Nie wiem skąd taka opinia. Jestem świetnym organizatorem. Dziennik Dolnośląski radził sobie doskonale dopóki byłem jego redaktorem naczelnym. A dziś taka gazeta nie istnieje – mówi Czarnecki. – To co można zarzucić Rysiowi to fakt, że nie potrafi trwać do końca na pozycji. Gdy coś się zaczyna psuć, on jako pierwszy opuszcza statek – twierdzi Niesiołowski. – Jak ZCHN zaczął dryfować w stronę Radia Maryja, a ja wyrażałem głośno swój sprzeciw nie czułem jego poparcia. – Ja opuszczam statek? Wręcz przeciwnie ZCHN tonął, a ja jako jedyny trwałem na pozycji ze sztandarem w ręku – opisowo i poetycko odpowiada na kolejny zarzut. – To o tyle śmieszne, że Stefan odszedł z ZCHN przede mną. Czarnecki uchodzi za mistrza rozmów kuluarowych, korytarzowych negocjacji i nieformalnej polityki. Pytany o to cały promienieje. – Dla polityka taka opinia jest oczywiście komplementem – mówi unosząc kciuk w górę. W sejmie, a także w dziennikarskim środowisku krąży opinia, że Czarnecki jest jednym z ojców koalicji PiS z Samoobrona. Obiegowa opinia jest taka, że to on w kuluarach Europarlamentu razem z Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim ustalał wszystkie ruchy koalicjantów.

Nie wszyscy jednak do końca dają temu wiarę. – Wie pan co – pyta Ryszard Kalisz z SLD. – Tak naprawdę Czarnecki bardziej się kreuje na takiego politycznego lisa. Chciałby żeby wszyscy tak o nim myśleli. – Czuje, że ta koalicja w wielkiej mierze powstała właśnie dzięki mnie – ujawnia jednak poseł, jakby zaprzeczając twierdzeniu Kalisza. Środowisko piłkarskie traktuje jednak Czarneckiego z przymrużeniem oka. Nikt nie daje mu szans na zwycięstwo. Po co więc w ogóle kandyduje? – Jak to po co? To proste. Dzięki temu pomysłowi jest w mediach. Zapraszają go do kolejnych programów, udziela wywiadów – krzyczy niemal Lepper. – Dla niego to kampania wyborcza przed wyborami do Europarlamentu, które będą w przyszłym roku. Czarnecki wie, że jedyna lista z jakiej może startować to PiS, inne partie go nie wezmą. Ale na numer jeden na liście nie ma co liczyć. Poseł zręcznie unika tego tematu: – Jak zostanę prezesem PZPN, to nie będę kandydował do parlamentu europejskiego – odpowiada popijając herbatę. Naciskany rzuca jeszcze wymijająco. – Naprawdę nie myślę o tym co będzie za rok. Nie wiadomo, czy Czarneckiemu w elekcji na prezesa nie przeszkodzi historia z jego synem – Przemysławem, który razem z innymi chuliganami, mieniącymi się kibicami Legii, był sprawcą jednej z najczarniejszych chwil w polskim sporcie, kiedy w 2006 roku legioniści zdemolowali stadion Vetry Wilno. – Nie ma tematu mojego syna. Jego tam nie było – zarzeka się Czarnecki. Po chwili zmienia jednak front. – To znaczy był, młodszy Bartek, ale nie biegał ze sztachetami. Przemysław w tamtym czasie pracujący w jednym z piłkarskich pism nie dość, że był w Wilnie, to jeszcze został uwieczniony na zdjęciach, a jedna z osób, które wtedy z nim pracowały opowiada, jak to po powrocie do Warszawy młody Czarnecki chwalił się raną po policyjnej gumowej kuli. Czarnecki szans nie ma więc właściwie żadnych. I to pomimo tego że poseł ma program (abolicja dla klubów, ośrodek szkolenia w każdym byłym mieście wojewódzkim), kontakty, zna się na rzeczy, a praca w Wydziale Zagranicznym PZPN powoduje, że nieźle zna środowisko. Sam najbardziej żałuje, że do wyborów w PZPN nie oprowadził okryty teraz niesławą były minister sportu, Tomasz Lipiec. – Wtedy wszystko poszłoby gładko. Lipiec mógł bez problemów zorganizować zjazd, Michał (Listkiewicz- red.) miał już wszystkiego dość, i zgadzał się na moją prezesurę. Nie wiadomo na ile to jednak prawda, a na ile autokreacja, której Czarnecki jest mistrzem. Listkiewicz lubi powtarzać anegdotkę o tym, jak poseł chwali się, że życzenia urodzinowe złożył mu sam prezydent FIFA, Sepp Blatter. Wedle Listkiewicza prawda jest taka, że jedyne spotkanie między tymi dwoma miało miejsce w windzie. A tak jeszcze dokładniej, to Czarnecki chciał wejść do tej windy, ale tuż przed nosem zatrzasnęły mu się drzwi.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.