Ibrahimović w Barcelonie. Proszę bardzo
Od kilku dni mówi się o tej wymianie na linii Barcelona – Inter. Katalończycy właśnie po cihu pobili, albo przynajmniej wyrónali, rekord transferowy świata. Zapłacili za Szweda o bośniackim pochodzeniu 50 milionów euro i dołożyli Samuela Eto’o, oraz rocznie wypożyczenie Aleksandra Hleba. Teraz trzeba usiąść do liczenia. Eto’o wyceniany jest na transfermarkt.de na 35 milionów euro. Tyle, że teraz. Jeszcze półtora, czy dwa tygodnie temu, kiedy zaczęła się ta cała historia z wymianą wyceniany był na 41. Laporta z Morattim ustalili jednak te 35. Do tego wypożyczenie Hleba. Hiszpańsa “Marca” wycenia całą tę transakcję na 92,5 milionów. Dlaczego akurat tyle? Nie mam pojęcia, chyba chodzi o płacenie Białorusinowi pensji przez Barcę. Dla mnie jednak – na chłopski rozum – 50 mln. plus Eto’o i Hleb (nawet jeżeli tylko na rok) to więszy transfer niż ten Cristiano Ronaldo.
Eto’o od dawna był moim ulubionym napastnikiem. Zauroczyłem się jak pierwszy raz zobaczyłem go na żywo – w meczu z Valencią w 2005 roku (2:2 na Camp Nou). Ten facet miał takie parcie na zwyciętwo, to było niesamowite. Gdy Barca przegrywała latał po piłkę i ustawiał ją Canizaresowi na piątce, byle ten szybciej wznowił grę. Cały czas pressing, cały czas przy rywalu. Niesamowite. Tego nie widać w telewizji. Do tego siła, szybkość, technika i niesamowity instynkt strzelecki. Eto’o był jedynym pikarzem Barcy, który grał w zeszłym sezonie do końca. Po zdobyciu mistrzostwa Messi, Iniesta, Henry, Xavi – no wszyscy – już tylko pozowali do zdjęć i brali udział w kolejnych fetach oraz przejazdach odkrytymi autobusami po Ramblas i okolicach, a Eto’o twardo walczył o koronę króla strzleców (walkę tę przegrał).
Znam doniesienia o jego ciężkim charakterze, znam hisotrie o tym jak burzył równowagę w szatni, znam też te o niesłychanej pazerności. I jakoś mimo wszystko mnie to nie przekonuje. Nie wierzę, żę taki fighter nie miałby motywacji do gry w Barcelonie po takim fantastycznym sezonie, a to sugerował w jednym ze swoich wpisów Rafał Stec (radząc Laporcie sięgnięcie po Fernando Torresa w miejsce Eto’o), nie po tym co widziałem.
Ibrahimovi? To super piłkarz. Nie mam wątpliwości. Kosmiczna technika, bramki strzelane piętami i ekwlibrystyczne popisy. Kozak. Niby nic mu nie brakuje. Ale jakoś wolę Eto’o…
Na Euro 2008 wziąłem udział w konferencji prasowej z Ibrahimovicem. Pamiętam jak jechałem z fotografem pół nocy, by dotrzeć na czas na tę konfe. Leo Beenhakker wielokrotnie bowiem opowiadał o tym, jak odkrył Zlatana, jak był dyrektorem sportowym Ajaksu. No to musiałem koniecznie, go o to zapytać. A, że nadarzyła się okazja…No to zasuwałem.Wklejam rozmówkę, ale tylko te dwa pytania na końcu są moje. A reszta to jakieś takie bieżączkowe gadanie na Euro. Mimo to wklejam.
Strzelił pan fantastyczną bramkę w pierwszym meczu. Zaczął pan z wysokiego C.
ZLATAN IBRAHIMOVIĆ Cieszę się bardzo z gola, ale to był dobry start dla całej drużyny. Zawsze zwycięstwo w pierwszym meczu mocno podbudowuje. A my jeszcze ograliśmy nie byle kogo, bo przecież Grecja to obrońca tytułu. Już przed meczem wszyscy powtarzaliśmy sobie cały czas, że musimy te trzy punkty zdobyć, mobilizacja byłą bardzo duża. Tym lepiej, że się udało. Myślę, że to zwycięstwo nad Grecją dało nam dużo pewności siebie, no i ucieszyło wszystkich w Szwecji.
Długo pan nie mógł trafić dla reprezentacji.
To prawda. Ale ja się naprawdę nie koncentruję na tym, czy to ja strzelam bramki, czy ktoś inny. Dopóki to Szwecja wygrywa nie ma to dla mnie większego znaczenia. Oczywiście jestem napastnikiem i urodziłem się po to by strzelać gole. I będę strzelał ich więcej i więcej. Ale czasem tak jest, że się po prostu nie możesz wstrzelić w bramkę. Jakaś blokada.
W meczu z Grecją odniósł pan kontuzję…
Jaką kontuzję? To nic poważnego, mały uraz. Kolano jest jeszcze trochę spuchnięte, ale już mnie właściwie nie boli. W kolejnym spotkaniu na pewno zagram.
Też pan tak to widzi, że następny mecz, przeciwko Hiszpanii, będzie o zwycięstwo w grupie?
Spokojnie, nie zapominajmy, że w naszej grupie są jeszcze Grecja z Rosją. Zarówno my, jak i Hiszpanie, na razie wygraliśmy tylko po jednym meczu. To jeszcze o niczym nie przesądza. A spotkanie przeciwko Hiszpanom będzie na pewno bardzo ciężkie. To jeden z faworytów do zwycięstwa w całym turnieju. Wystarczy popatrzeć na to jakie gwiazdy są w ich składzie. Dlatego będziemy musieli wspiąć się naprawdę na wyżyny naszych umiejętności. Przede wszystkim musimy być cały czas skoncentrowani.
Hiszpanie bardzo przekonująco wypadli w meczu z Rosją.
Widziałem fragmenty i byłem pod dużym wrażeniem ich gry. Swobody z jaką strzelali kolejne bramki. Ale my zawsze gramy o zwycięstwo. Nie ważne, czy naprzeciwko nam stają Hiszpanie, czy ktokolwiek inny.
A jaka inna drużyna podobała się panu do tej pory na Euro?
Widziałem z jaką łatwością Holandia ograła Włochów. Przyznam szczerze, że wynik dokładnie oddaje, to co się działo na boisku i jest po prostu sprawiedliwy. Inna sprawa, że Włosi jeszcze też pewnie się przebudzą i odegrają ważną w tym turnieju rolę. To w końcu aktualnie mistrzowie świata.
Znowu tworzy pan parę napastników z Henrikiem Larssonem.
Henka jest niesamowitym piłkarzem. Trudno nawet opisać jak ważną postacią jest dla reprezentacji Szwecji. Mogę tylko powiedzieć, że Larsson robi różnicę. Z nim w składzie zespół jest zawsze silniejszy. I nie ma tu żadnego znaczenia, że Henka ma już 37 lat. Nic nie stracił ze swoich zalet, a do tego doszło ogromne doświadczenie.
Pan też brał udział w namawianiu go do powrotu do reprezentacji?
Szczerze mówiąc zupełnie nie. Gdy usłyszałem w telewizji, czy tam przeczytałem na Internecie, że Henrik wraca do kadry sam byłem trochę zaskoczony. Prawdę mówiąc, to byłem nawet bardzo zaskoczony. Z tego co wiem, to nikt go do tego nie namawiał. To była jego decyzja i nie było żadnych nacisków. Ale to bardzo dobrze dla Szwecji, że zdecydował się na ten ruch. Wiele razy graliśmy razem w parze i znamy się doskonale, więc wiem, że możemy w duecie wiele wnieść do tej drużyny. Oczywiście sami nic byśmy nie zwojowali. Liczy się cały zespół, no i taktyka trenera.
Jak ważną postacią w pana karierze i rozwoju jako piłkarza był Leo Beenhakker?
Leo (Ibrahimovic od razu się uśmiecha – przyp żzny.)? To na pewno jedna z najważniejszych osób jakie spotkałem w moim życiu. Jaki miał na mnie wpływ? Ogromny. To przecież on mnie ściągnął do Ajaksu. On dał mi szansę zaistnienia w poważnej piłce. Zresztą ściągnął wtedy do Amsterdamu naprawdę wielu znakomitych piłkarzy. To on jako dyrektor sportowy stał za transferami Maxwella, czy Mido. Wszyscy jakoś w tej wielkiej piłce funkcjonujemy i to w dużej mierze dzięki Leo.
Beenhakker lubi opowiadać historię pańskiego transferu. Podobno nawet pana nie widział w ani jednym meczu.
Tak faktycznie było. Malmoe w którym wtedy grałem brało udział w jakimś towarzyskim turnieju w La Mandze. Beenhakker przyszedł na nasz trening. Zobaczył kilka moich strzałów, parę dryblingów, podań i od razu rozpoczął negocjacje transferowe. Wszystko później potoczyło się błyskawicznie. Nie mówię, że zajęło to 24 godziny, ale myślę, że już tydzień później byłem w Amsterdamie.
Mam gdzieś wywiad w któym Leo opowiada o tej historii ze Zlatanem. Fajnie to mówił. Jak znajdę zapdejtuję i wrzucę. Chyba jednak mam go w robcie, a nie w domu, więc musicie się uzbroić w cierpliwość.
Dojrzał w Los Angeles
Tak przy okazji awansu Amerykanów do finału Pucharu Konfederacji – wywiad z Landonem Donovanem. Trochę nieaktualny – Lndon już ma 27 lat i 113 meczów w kadrze. Gadaliśmy z nim przy okazji ostatniego meczu Polski ze Stanami w Krakowie. Liczba mnoga, bo gadaliśmy z Wawrzynkiem. Dla tych co mają wątpliwości zapewniam, że nie wszystko robimy z Wawrzynem razem.
Dojrzał w Los Angeles
Ma 26 lat i już 97 meczów w reprezentacji. Landon Donovan jest od lat najbardziej rozpoznawalnym piłkarzem reprezentacji Stanów Zjednoczonych, naszego dzisiejszego rywala. Chociaż jego koledzy grają w silniejszych klubach, w Premier League, belgijskiej Jupiler League czy niemieckiej Bundeslidze, to właśnie pomocnik Los Angeles Galaxy jest współczesnym symbolem soccera, jak nazywają piłkę nożną Amerykanie.
- Na razie nie myślę o żadnych rekordach występów w kadrze, ale kto wie co się stanie – mówi Donovan. Do rekordzisty USA, Cobiego Jonesa, brakuje mu 68 meczów. Do rekordzisty świata, Ali Dayei, bramkarza Arabii Saudyjskiej, ponad 80 spotkań.
- Może warto o tym pomyśleć – śmieje się Landon. Lider reprezentacji w 1999 roku, jako 17-letni chłopak, przyjechał do Niemiec. Szefowie Bayeru Leverusen uwierzyli w gwiazdę młodego, obiecującego napastnika z Los Angeles.
- Myślę, że to wszystko stało się za szybko. Byłem młody, niedojrzały. Wtedy znałem tylko amerykańską piłkę, nie wiedziałem jak gra się w Europie. W USA, we wszystkich drużynach młodzieżowych byłem gwiazdą, wszyscy mnie chwalili, byłem zawsze numerem jeden. W Europie okazało się, że takich jak ja są setki. Nie wyróżniałem się. Myślę, że zamiast wziąć się do roboty, za dużo marudziłem i uskarżałem na swój los. Dlatego nie wyszło – opowiada „Przeglądowi Sportowemu” piłkarz Los Angeles Galaxy.
Po powrocie do USA zajął się budowaniem piłkarskiego „Nowego Świata”. Liga amerykańska nie jest w stanie przebić się przez tradycyjne sporty jak futbol amerykański, baseball, koszykówkę czy hokej na lodzie.
- 10 lat temu nikt nie interesował się piłką nożną w Stanach Zjednoczonych. Rozumiecie? W ogóle. Teraz ludzie interesują się chociaż trochę. Nie bardzo, ale postęp jest. Zdobywamy powoli nowych fanów – mówi piłkarz.
- Powoli pracujemy. Jest coraz lepiej. Wiem, że w MLS nie ma jeszcze tego poziomu co w Europie i pewnie długo nie będzie, ale wierzymy w to, wiemy, że budujemy coś własnego, wyjątkowego. Może jeszcze nie teraz, ale kiedyś będziemy mogli osiągnąć sukces jako liga – mówi Landon.
- Amerykański sen zakłada, że liczy się tylko numer 1. – Wydaje mi się to zupełnie naturalne. To taka nasza zasada. Cokolwiek robisz, rób to najlepiej, dąż do perfekcji. Wiem, że są plany, by soccer w Stanach Zjednoczonych był najlepszy na świecie. Ale to nie jest mój plan. Myślę, że kiedyś nawet być może tak się stanie, ale ja tego nie doczekam – uważa Donovan.
- Czasami chciałbym grać w Europie, walczyć z najlepszymi piłkarzami świata. Mam dopiero 26 lat i mógłbym powalczyć, spróbować jeszcze raz. Ale życie i gra w Ameryce nie jest złe – uważa zawodnik. Po chwili dodaje: - Z drugiej strony mam żonę i psy w Los Angeles. Oni nie chcą się stamtąd ruszać.
Żona Donovana, Bianca Kajlich to znana gwiazda telewizyjna. Gra w popularnym Sitcomie „Rules of Engagement” produkowanym dla telewizji CBS, ale sławę osiągnęła grając rolę prostytutki w serialu „Fastlane”. W rankingu magazynu Maxim na najseksowniejszą kobietę świata zajęła 63. miejsce.
- Jest znana w USA, musimy znaleźć kompromis. Ja, moja żona i moje psy. Na pewno zostajemy razem – śmieje się piłkarz.
Donovan, chociaż jest wielką gwiazdą, spadł w rankingach popularności. Trudno się dziwić, skoro gra w drużynie z medialnym półbogiem futbolu, Davidem Beckhamem.
- To niesamowite, jak ten facet jest popularny, jak ludzie go kochają. Jest symbolem. Gdzie nie pojedziemy, witają nas tłumy. Ludzie go uwielbiają i dają to odczuć na każdym kroku. Mam nadzieję, że to pomoże naszej lidze. A z mojego punktu widzenia? Fajnie się z nim gra, to znakomite doświadczenie. Poza tym dzięki niemu ruszyła cała maszyna medialna. Na początku obawialiśmy się, jak mamy sobie z tym radę, ale okazało się, że nie mamy z tym problemu. – mówi Donovan. – I jeszcze jedno, nie jestem o niego zazdrosny. On ma swoje życie, ja swoje. Lubię swoje życie.
Donovan jest liderem zespołu Boba Bradleya, który do Polski przyjechał w niemal najmocniejszym składzie.
- Bardzo ważny mecz, Polska gra dobrą piłkę. Przecież wygraliście swoją grupę eliminacyjną. A dla nas każda możliwość gry z mocną europejską drużyną to poważna sprawa. Polską drużynę znam doskonale, grałem już z wami trzy razy, ale teraz zobaczycie lepszą amerykańską drużynę niż ostatnio. Gramy stałym składem, jesteśmy coraz mocniejsi – mówi zawodnik Los Angeles Galaxy. I dodaje, że przyjazd do Polski to możliwość rozmowy z Jackiem Krzynówkiem, jego dobrym znajomym z czasów gry w Bayerze Leverkusen.
Podczas wczorajszego treningu Amerykanie musieli stawić czoła pogodzie.
- Jest trochę zimno, cóż nie jest to Manhattan Beach w Kalifornii. Ale na pewno nie będzie gorzej niż Kaiserslautern, gdzie graliśmy 2 lata temu. Tam była prawdziwa burza śnieżna – dodaje zawodnik, który strzelił Polsce bramkę na 1:3 podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii.
Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny
Wywiad poniekąd hitoryczny – czyli Piechniczek dla mnie nie istnieje
Dawno nic nie wrzucałem, ale byłem na urlopie. Poza tym, nie mam dla kogo na razie wrzucać. Moją stronę odwiedziły… 3 osoby (w tym jedna to na bank wawrzyn, a druga pewnie Łukasz Olkowicz – kiedy twój blog ziomuś?). Teraz wrzucę wywiad niejako historyczny. Padają w nim słynne słowa Leo Beenhakkera – dla mnie Piechniczek nie istnieje. To był moment w którym wszystko w okół reprezentacji zaczęło się pieprzyć. Już nikt nie ukrywał – ani Beenhakker, zwany przez nas czasem pieszczotliwie dziadkiem, ani działacze, że to jest wojna na śmierć i życie.
Z perspektywy czasu. Czy Leo dobrze zrobił? Myślę, że mimo wszystko tak. Sposób w jaki traktują go te wszystkie Engele, Piechniczki, czy Grenie, jest naprawdę skandaliczny. Niestety Holender zniżył się niejako do ich poziomu… Z jakim przestajesz, takim się stajesz??
Szkoda, że Leo tak naprawdę nigdy nie chciał zaangażować się w budowę systemu szkolenia w Polsce. Oczywiście on twierdzi, że chciał, ale moim zdaniem chciał zdecydowanie za mało. Także w tym wywiadzie jest mowa o stworzeniu systemu szkolenia młodzieży itd. Nigdy jednak sprawa nawet nie drgnęła. Straszna szkoda. Dziś już chyba na to za późno…
PIOTR ŻELAZNY Na tych zgrupowaniach z młodymi piłkarzami z ligi, zawsze pan tryska humorem i energią.
LEO BEENHAKKER To jest moje życie, to jest to co kocham. I to jest fantastyczne jak możesz pracować siedem dni w tygodniu z piłkarzami. Dlatego tak świetnie pracuje się w klubach. Tam masz zawodników na co dzień. Przez całą moją karierę, dopóki nie przyjechałem do Polski, nie pamiętam nawet jednego dnia, bym nie budził się z wyczekiwaniem co też przyniesie nowy dzień.
Po raz pierwszy takie uczucie pojawiło się u pana dopiero w Polsce?
Tak. Po raz pierwszy mam takie dni, że się budzę i naprawdę aż mi się nie chce podnosić z łóżka. I nie lubię tego.
Wrócimy do tego, do polityki. Na początku chciałbym chwilę porozmawiać o tym, co się dzieje na zgrupowaniu.
Bardzo dobrze. Jestem gotowy na wszystko. Na rozmowę o kryzysie finansowym, pogodzie, Afganistanie, Iraku. Nie ma problemu.
Cały czas pan na treningach biega. Pokazuje pan piłkarzom ćwiczenia, krzyczy, śmieje się, gestykuluje…
Tak, to nie pasuje do wizerunku 66-letniego starca. Mnie tę energię daje praca z tymi chłopakami. Jak patrzę na to, jaki oni wykonali postęp, przez te kilka dni, to się cały cieszę. Pierwsza połowa w sparingu z Antalyasporem była świetna. Jeżeli jutro zostanę trenerem klubowym, to linię pomocy skonstruuję z Łukasiewicza, Trałki i Boguskiego. Tak zrobię. Mam tyle satysfakcji z tego jak widzę, że ta moja energia nie idzie na marne. Tu nie chodzi tylko o treningi. Oprócz nich mamy odprawy, dużo z nimi rozmawiam. Uczymy się na tym zgrupowaniu myśleć. W Polsce nikt nie myśli o piłce. Gra się w futbol, tylko po to żeby grać. Nie kryje się za tym żaden pomysł, plan. Zapytasz piłkarza dlaczego gra tak, a nie inaczej, nie będzie umiał odpowiedzieć. „Tak po prostu” powie. Tymczasem musisz wiedzieć dlaczego w danej sytuacji musisz zachować się tak, a nie inaczej. Musisz rozumieć dlaczego podanie ma być mocne, musisz myśleć. Gdy patrzę jak na treningach oni zaczynają myśleć o tym co robią, a później wychodzi im to w gierce, to tylko udowadnia, że oni mają talent. Jak można rozpoznać talent? Przede wszystkim przez to, że się uczy bardzo szybko. I oni się uczą. Codziennie widzę, że taki Trałka, czy taki Celeban są lepsi. Boguski jest lepszy za każdym kolejnym razem, kiedy go widzę. I to mi daje tyle radości, tyle satysfakcji, że też zaczynam się inaczej zachowywać. Biegam, skaczę, ponieważ ta energia musi gdzieś znaleźć ujście.
Kogo można najbardziej pochwalić?
To nie jest kwestia chwalenia, a przede wszystkim personaliów. Zostawmy to…
Ale sam pan już chwalił Trałkę, czy Boguskiego.
Trałka sam, bez Łukasiewicza i Boguskiego, nie miałby takiego wpływu na grę drużyny. O piłkarzach można rozmawiać tylko w kontekście zespołu. Oni wszyscy robią postępy. Jeżeli Polczak będzie twardo stąpał po ziemi, ma szansę być jednym z czołowych obrońców. A będzie, bo ma dobry charakter. Wciąż wierzę w Janczyka, on ma taki ogromny potencjał…
Sam pan jednak powiedział, że jest zbyt wolny w głowie.
To jest problem z wszystkimi piłkarzami, którzy nie grają regularnie w piłkę. Ten sam problem mam z tą prawdziwą pierwszą reprezentacją. Jeżeli zawodnik regularnie występuje w klubie, znacznie szybciej podejmuje decyzje, i to lepsze decyzje, od tych co nie grają. Tutaj działa pewien automatyzm. Piłkarz rozpoznaje daną sytuację i ma do wyboru kilka wariantów, instynktownie jeden z nich wybiera. Jeżeli tylko trenuje i siedzi na ławce, traci ten zmysł rozpoznawania boiskowych sytuacji. Gdy się w niej znajduje zaczyna się zastanawiać. Trwa to sekundę, a nawet mniej, ale jest dokładnie o ten ułamek sekundy wolniejszy. Tymczasem w nowoczesnym futbolu nie ma na to czasu. Podobnie rzecz ma się z piłkarzami, którzy mają głowę zajętą jakimiś problemami, jak ma śmietnik w głowie…
Jak Boruc.
To pan powiedział Boruc, ale dotyczy to wszystkich. Taki człowiek ma już głowę zajętą innymi sprawami niż piłka, niż mecz. Kiedy ma podjąć decyzję ta myśl blokuje się tym całym śmietniku. Po raz kolejny, traci czas. Futbol teraz to jest tak cholernie szybka gra! Na tym zgrupowaniu, już od pierwszego treningu chciałem żeby wszystko działo się szybko. Od razu gierki, ćwiczenia z piłką, pressing. Bo są także piłkarze, którzy niestety nigdy na ten poziom nie wejdą. I mam tu teraz takich w Turcji też, oczywiście nie powiem nazwisk. Są tacy, którzy z każdym dniem pną się w górę, ale są tacy, którym nigdy nie będzie to dane. Póki gra toczy się w ich rytmie są dobrzy, ale jak tylko nabiera przyspieszenia nie odnajdują się… Podam przykład. Nie powinienem dawać nazwisk, ale trudno. W zeszłym roku był ze mną w Turcji Maciej Iwański. To świetny ligowy piłkarz. Ja jednak wiem już, że w momencie, gdy gra przyspiesza, on nie nadąża. Nie jest w stanie. Żeby było jasne, on robi świetną robotę w lidze. Na poziomie Legii i Ekstraklasy jest naprawdę wyróżniającą się postacią, ale nie potrafi się przestawić na poziom Czech. Większość osób nie jest w stanie tego pojąć. Mówią mi, Iwański jest świetny w Legii, weź go do reprezentacji. Widziałem Legię wiele razy, widziałem Maćka i on naprawdę dobrze tam gra. Gdybym prowadził klub w Ekstraklasie też bym chciał Iwańskiego. Nie nadąża jednak, jest za wolny w głowie, za nowoczesnym futbolem.
Ludzie często nie rozumieją pańskich wyborów. Zahorski w tej rundzie strzelił tylko jedną bramkę. Wywiera pan na niego presję. Kibice się z niego śmieją, bo nie strzela goli, a jest etatowym reprezentantem. Stał się ofiarą pańskich powołań. Zieliński z Polonii Bytom lepszą miał poprzednią rundę, w tej jest tylko rezerwowym.
To, że jest rezerwowym niekoniecznie świadczy dobrze o tych, którzy go na tej ławce sadzają. Po raz kolejny mówię, to chodzi o to, że ci piłkarze będą potrafili wykonać krok w kierunku poziomu międzynarodowego. Tego właśnie chcę się dowiedzieć. Kiedy oglądam piłkarza, nie patrzę na to, jaki jest. Patrzę na to jaki może być! Zawodnika można mniej, lub bardziej kształtować dopóki nie skończy 24, 25 lat. Widziałem Zielińskiego w ostatni weekend. Był sam na połowie przeciwnika, a jego jakość pokazuje się dopiero w okolicach, albo w samym polu karnym. Przez 90 minut Polonia oddała jeden strzał na bramkę. Napastnik zależy całkowicie od podań. Dlatego ja ze swoimi piłkarzami rozmawiam o futbolu. Mówię im nie zamykajcie oczu i nie walcie piłki na oślep, byle do przodu, byle dalej. Grajcie w piłę, przesuwajcie ją do przodu. Zieliński w sparingu z Antalyasporem bramki nie strzelił, ale przynajmniej był zaangażowany kilka razy w coś, co można nazwać futbolem. Zespół, grając w piłkę, doprowadził ją pod pole karne i on dopiero ją tam dostawał. On się nie nadaje do takiej gry, kiedy dziesięciu facetów chowa się we własnym polu karnym, jak przejmą piłkę to walą ją do niego, a reszta to już jego problem. To jest różnica w myśleniu o piłce.
Znowu pan krytykuje polskich trenerów.
Nie. Ja naprawdę mam bardzo dobre relacje z wieloma z nich. Po prostu różnię się jednak też z wieloma w kwestii myślenia o piłce. Ale ja to szanuje, jak oni chcą grać w futbol. Powtarzam też piłkarzom, że zawsze mają słuchać swoich trenerów. Dla mnie to po prostu nie fair grać długie piłki do Zielińskiego. Jeżeli chcesz go używać na boisku, musisz grać zgodnie z tym do czego on się nadaje. Inaczej, go nie używaj. Tak samo jest z Sosinem dajmy na to. Jeżeli chcesz używać Sosina musisz mieć w zespole skrzydłowych, którzy dostarczą mu takie piłki z których będzie umiał zrobić użytek. Bo na tym polega jego siła. Jeżeli grasz z kontry i zostawiasz Sosina samego na połowie przeciwnika, nie ma to żadnego sensu. I to jest częsty błąd niektórych polskich trenerów. Nie myślą rozsądnie o tym, jak chcą rozegrać mecz. Jakich do tego potrzebują wykonawców. Nie mówię o dobrych, czy złych trenerach. Mówię o tym, że różnimy się wizją tego, jak chcemy grać w piłkę dziś, jak w 2009, 2010 czy 2012. Futbol się zmienił. To już nie jest 1982!
Tak wszyscy to złapaliśmy. Ale jeszcze chwilę o tym zgrupowaniu. Czy jest różnica między Krychowiakiem i Tyrałą, a resztą piłkarzy tutaj? Oni uczyli się piłki na Zachodzie.
Nie można do tego mieszać Tyrały. Jego sytuacja jest inna, on przez rok nie grał w piłkę. Miałem z nim długą rozmowę, powiedziałem mu, że po straconym roku, musi przynajmniej kolejne 12 miesięcy przepracować, żeby wrócić na ten sam poziom. Chłopak nieco stracił kontakt z pierwszym zespołem Borussi. Widać po nim, że ma ogromne możliwości. Krychowiak ma dopiero 18 lat. Jeżeli porównasz go z chłopakami od niego starszymi, on jest na tym samym co oni poziomie. Już teraz jest na poziomie 24-latków. Nie ma różnicy między nim a Trałką, czy Łukasiewiczem… Po raz kolejny rozczarowuję niektórych trenerów, ale szczerze mówiąc, mam to gdzieś.
Pytam dlatego, bo często przerywał pan treningi i mówił o rzeczach bardzo podstawowych.
I to mnie bardzo frustruje. Takie rzeczy robi się z 15 i 16-latkami. Oni już to powinni mieć dawno zakodowane. A nie jest! W sparingu z Antalyasporem trzy razy zostaliśmy skontrowani. Za każdym razem z bardzo prostego powodu. Pan Polczak bardzo powoli i delikatnie podawał do lewego obrońcy i podania były przechwytywane. Potem podchodzę do niego i mówię: Piotr, powiedz mi co było źle zrobione. A on odpowiada: wiem, za lekko podałem, gdybym zagrał mocniej i dokładniej rywal nie przejąłby piłki. I o to chodzi w piłce. Detale. Oni to muszą jednak mieć zakodowane.
I tak dochodzimy do niekończącej się historii o szkoleniu młodzieży w Polsce. Słyszałem, że tutaj w Turcji odbył pan całkiem miłą i konstruktywną rozmowę z panem Edwardem Potokiem. Prezesem ŁZPN, który został wiceprzewodniczącym Wydziału Piłkarstwa Młodzieżowego.
Owszem miałem. Powiedział mi na czym polegają jego obowiązki, powiedział mi, że chciałby się zając na poważnie tym problemem. On jest odpowiedzialny za 16 byłych SMSów.
Czy to oznacza, że zaangażuje się pan teraz w szkolenie młodzieży?
Nie wiem. Powiedziałem panu Potokowi, że chciałbym się zaangażować, i pod pewnymi warunkami jestem gotowy to zrobić…
Mam takie wrażenie, że mówimy o tym, ale tylko mówimy, odkąd pan się pojawił w Polsce.
Tak. To prawda, od 2,5 roku tylko o tym gadamy. W pewnym sensie zaczynam tracić moje ambicje. Mam wrażenie, że próbuję ciągnąc martwego konia… Ciągnął pan kiedyś martwego konia? To niech pan nie próbuje, to jest niewykonalne. Ile razy rozmawiam o tych sprawach z ludźmi z PZPN, to taka rozmowa kończy się na tym, że mówią mi, jaka Polska była świetna w 1974 i 1982 roku. Zawsze wracają do przeszłości.
No była całkiem dobra.
Była kapitalna! I ile razy oni o tym mówią, zawsze im serdecznie gratuluje.
No dobrze, ale czy może pan zaangażować się w szkolenie młodzieży?
Tak, jak najbardziej. Chciałbym pomóc zacząć realizować jakiś program. JA tego nie zrobię sam, ale mogę pomóc. Wiem jak to działa na zachodzie. Przez wiele lat miałem wiele wspólnego ze szkoleniem młodzieży. Jak chociażby a Ajaksie, czy Realu, bo tam moje obowiązki nie kończyły się na pierwszym zespole. Poza tym, to naprawdę moje hobby. Interesuję się tym. Nie może być jednak tak, że to będzie moja inicjatywa. PZPN poza mówieniem o tym, musi zacząć coś działać.
Rozważmy taką sytuację. Przychodzi do pana ktoś z PZPN, dajmy na to ktoś ważny, i mówi: Panie Beenhakker…
To zależy od tego, kto przychodzi…
No dobrze. To kto miałby przyjść?
Nie wiem (śmieje się)
Ok. Powiedzmy, że to ktoś w porządku. I mówi. Panie Beenhakker. Chcielibyśmy żeby pan się zaangażował. Niech pan nam przedstawi system szkolenia młodzieży. Wtedy pan siądzie, spisze go i przedstawi, tak?
Cóż, szczerze mówiąc myślę, że powinniśmy udać się wtedy na miejsce zbrodni i tam zacząć wszystko organizować. Oczywiście najlepiej by było, gdybym to spisał. Projekt przesyłany by był z biura do biura, musiałby zostać podpisany przez 10 tysięcy osób, zebrać kilkadziesiąt pieczątek, potem zostałby odesłany do jeszcze innego pokoju i w końcu po pięciu latach, ktoś go znajdzie na biurku, przeczyta i powie: O, jak fajnie. A teraz położę, go z drugiej strony biurka. Nie, nie, nie, nie. Futbol rozgrywa się na boisku i wokół niego. I tam się podejmuje decyzje. Spisywać można, a nawet trzeba, to co się ma zamiar zrobić, to co trzeba zrobić. Jestem kimś z zewnątrz, ale ja nie przywykłem do marnowania czasu na pisanie raportów itd. Wierzę w komunikację, rozmowę, a nie świstki papieru.
Przejdźmy do pana Piechniczka…
Kto to jest? Znam tego faceta?
Tak, zna pan go. Ma pan z nim wojnę?
Ja nie mam z nikim wojny. To on ma jakiś problem ze mną. Chcę żeby sytuacja była jasna. Dla mnie ten facet nie istnieje!
Rozmawiamy oficjalnie. Wie pan o tym.
Tak.
Dlaczego?
Dlatego, że cała jego egzystencja sprowadza się do wygadywania jakichś bzdur na mój temat. Zostawmy go. Szkoda naszego czasu i energii. To jedna z tych osób, które zawsze chowają się w przeszłości polskiego futbolu. Zapominając o tym, że mamy zupełnie inne czasy, że w Polsce jest inny ustrój polityczny, że przyszła nowa generacja i przede wszystkim, że zmienił się futbol. Ludzie, którzy ciągle mówią o przeszłości, nie muszą nic mówić o przyszłości. Dlatego ciągle uciekają wstecz, bo nie mają żadnej wizji i pojęcia, nie tylko o przyszłości, ale także o teraźniejszości. To ogromny problem pana Piechniczka.
Czuje się pan wrogiem?
Nie. Wiem tylko jedno, nie jestem w stanie z nim współpracować.
Nie mówię tylko o Piechniczku. Mówię ogólnie o PZPN.
Nie. Mogę pracować i dyskutować z każdym, kto chce rozwoju, kto chce iść do przodu. Nie jestem w stanie współpracować z ludźmi, którzy po raz setny będą mi opowiadać jak świetnie utrzymywała się przy piłce Polska w 1974 roku! Czy ci ludzie naprawdę nie widzą, że futbol dziś to jest zupełnie inny sport? Holandia była druga w 1974, druga w 78. Pan myśli, że ciągle gramy w ten sam sposób, co w 78? Myśli pan, że holenderscy trenerzy są ciągle na poziomie 1978, czy 82 roku? Myśli pan, że ciągle stosujemy te same metody, co w 1988, kiedy byliśmy mistrzami Europy? Co dwa lata robimy aktualizację tego, co się dzieje w międzynarodowej piłce, a później to transferujemy na grunt pracy z młodzieżą. Co dwa lata przyglądamy się co przyniosły ostatnie mistrzostwa świata, czy Europy. Jakie nowe trendy i elementy się pojawiły. I rozpoznajemy te rzeczy, a następnie przenosimy na własny grunt i szkolenie. W piłce musisz być na czasie. Trzeba myśleć, zastanawiać się, czym jest nowoczesny futbol. My nie rozmawiamy już o 88 roku. Mamy piękną książkę o mistrzach Europy, naprawdę znakomitą. Jest tam nawet moje zdjęcie, na którym wyglądam pięknie i szarmancko.
Nie wierzę.
Oj tak. Kiedyś byłem naprawdę świetny. Dawno, dawno temu.
To ciągłe rozmyślanie o przeszłości i brak nadrabiania zaległości w stosunku do świata jest główną chorobą polskiej piłki?
Nie mówię, że polskiej piłki. Jest chorobą niektórych ludzi, podkreślam niektórych, rządzących polską piłką. Nie wszystkich.
Dlaczego pan tak się w to angażuje?
Co pan ma na myśli?
Po co panu to całe babranie się w politykę. W rozgrywki, gierki. Nie lepiej byłoby robić po prostu swoje i tyle?
Nienawidzę tego, że się dałem w to wciągnąć. Z drugiej strony nie jestem w stanie na to nic poradzić. Niektórzy ludzie codziennie plują mi w twarz, mogę się chyba więc bronić? Są ludzie którzy mi powtarzają: nie przejmuj się, to typowo polskie, przecież to nieważne. No więc dla mnie to jest ważne. Jeżeli masz coś do powiedzenia komuś, usiądź z nim i wyjaśnijcie sobie kilka kwestii. Mój jedyny kontakt z panem Piechniczkiem przez ostatnie 2,5 roku to było powiedzenie sobie cztery razy dzień dobry. To wszystko! A co tydzień czytam w prasie co według niego powinienem robić, czego nie, co robię źle i jak to powinienem naprawić. On się komunikuje ze mną poprzez media. A jedyne rozmowy między nami ograniczyły się do czterech dzień dobry. Zmieniamy temat!
Chyba musimy jeszcze go trochę pociągnąć. A co z nowym prezesem panem Lato?
Szanuje pana Lato. Wygrał demokratyczne wybory, został prezesem. Ja całkowicie szanuję demokrację i jej procedury. Pana Latę poprosiłem tylko o jedno, by pozwolił mi wykonywać moją pracę. Jeżeli pozwoli mi się pracować swobodnie to nie ma dla mnie żadnej różnicy, czy prezesem jest pan Lato, czy pan Listkiewicz, czy ktokolwiek inny. Ja ponoszę odpowiedzialność za wyniki, mamy podpisaną umowę, ale muszę mieć swobodę działania.
I na razie tę swobodę panu daje?
Tak. Nie mam problemu z panem Lato.
Ok. Pan Engel?
Nie mam żadnego kontaktu z panem Engelem, nie mam więc też problemu.
Jak to nie ma pan kontaktu? Przecież Engel sam mi mówił jak to pan przychodzi do niego do gabinetu. Pokazywał mi nawet miejsce w którym pan siada, mówił, że popijacie koniak.
Co powiedział? Cóż. Mogę panu powiedzieć, że nigdy mnie nie zaprosił do gabinetu. Kiedy ja potrzebowałem czegoś od niego, to sam się do niego zgłaszałem. I nigdy w życiu niczego z panem Engelem nie piłem. A tak w ogóle to nigdy nie miałem koniaku w ustach…
Ok., to mógł nie być koniak, tylko jakiś inny trunek. Tego akurat już nie pamiętam.
Nie. To nieprawda. Oczywiście czasem potrzebowałem z nim skonsultować kilka rzeczy planując kalendarz na nowy sezon. Uzgadnialiśmy terminy, tak, by nie kolidowały z ekstraklasą. Ustalałem z nim daty zgrupowań jak tego, czy kolejnego w Portugalii itd. To wszystko.
Myśli pan, że ta akcja z zaproszeniem pana na konferencję dla trenerów była wykonana z premedytacją? Zaprosił pana, mimo że sam zatwierdzał to zgrupowanie. W dodatku nie tylko zaprosił, ale i umieścił pana wystąpienie w programie?
To już drugi rok z rzędu miała miejsce taka sytuacja. Nie wiem jak to było. Wiem, że ten obóz zaplanowaliśmy już w marcu 2008 roku. Mam na to papiery w domu. Dałem panu Engelowi pismo, on je przekazał Ekstraklasie. W czerwcu ten obóz został zatwierdzony. Kopia pisma została przekazana Listkiewiczowi, druga mnie, a trzecia Engelowi.
On się jednak broni, że ten dzień, pierwszy poniedziałek po zakończeniu rundy, jest na stałe wpisane w kalendarz. I że nie będzie tego zmieniał z pańskiego powodu.
Nie ma dla mnie problemu. Nie rozumiem tylko po co, skoro od czerwca wiedział, że mnie nie będzie, mnie w ogóle zapraszał, a przede wszystkim dlaczego umieścił w programie moje wystąpienie, nic mi o tym wcześniej nie mówiąc! Tak naprawdę nie mam jednak z tym problemu. Napisałem mu bardzo poprawnego, miłego i informacyjnego maila, że mnie nie będzie niestety, bo będę w Turcji. Każdy może popełnić pomyłkę.
W niedawnym wywiadzie dla holenderskich mediów powiedział pan, że pana sytuacja w Polsce się zmieniła. Po raz pierwszy tak otwarcie przyznał pan, że coś jest źle.
To nie do końca tak. W tym wywiadzie powiedziałem, że nie mam problemu z nowym zarządem i nowym prezesem, bo to nie mój biznes. Powiedziałem tylko, że chcę mieć swobodę w wykonywaniu mojej pracy. A miałem, i wciąż mimo wszystko trochę mam, poważne wątpliwości, czy będzie mi to umożliwione. Potwierdzeniem tego chociażby incydent… może nie incydent, sytuacja z Irlandii.
Mówi pan o Lacie, który wszedł do szatni tuż przed pierwszym gwizdkiem, tak?
Tak. Pan Lato i dwóch innych członków zarządu. Nie chcę jednak o tym rozmawiać. Takie zachowania nie pochodzą z 2008 roku. Nie mieszczą się w moim kodeksie pracy. Ja czegoś takiego nie uznaje. Uważam, że to była pomyłka. Nic więcej.
Stracił pan optymizm? Przeszedł pan na ciemną stronę księżyca?
Tracę powoli swoją osobowość. Muszę walczyć o to, by zachować siebie. Całe życie byłem po jasnej stronie, teraz zaczynam coraz częściej być w cieniu. Jeszcze nie po ciemnej stronie, ale już w cieniu. I to jest bardzo niedobre, bo nie jestem wtedy sobą.
Powtórzy pan jednak to słynne – tu jest talent?
Talent tu jest. Ten tydzień tutaj w Turcji znowu mnie utwierdził w przekonaniu, że ci piłkarze mają ogromne możliwości. To co mnie podtrzymuje to reprezentacja. Uwielbiam piłkarzy i mój sztab szkoleniowy, ludzi wokół kadry. Chcę walczyć.
Cały czas pan ma jednak wsparcie kibiców i ludzi na ulicach.
To prawda i to jest dla mnie niesamowite. Czasem naprawdę się wzruszam. Ludzie mnie zaczepiają mówią mi żebym się nie poddawał, żebym został, żebym się nie przejmował całym tym gównem wokół polskiej piłki…
No właśnie.
Ale dajcie spokój! Ja jestem człowiekiem, codziennie muszę się z tym mierzyć. Z tymi gierkami i układami, tym kopaniem dołków. Mnie to wkurza, że tyle czasu i energii tracimy na takie rzeczy. Zamiast się poświęcać, by czynić polski futbol lepszym, kopiemy się po kostkach. Polska to jest uśpiony gigant, jeżeli chodzi o futbol. Potrzebujemy ludzi mądrych, sprytnych i ambitnych, by tego giganta obudzić. I jak go obudzimy, to Polska naprawdę może stawać do boju z każdym krajem w Europie. Oczywiście poparte to musi być bardzo ciężką pracą. Ale tu są możliwości. Gdy pracowałem na Trynidadzie, wiedziałem, że mogę tak naprawdę wybierać z 40 piłkarzy, z których 10 jako tako mogło udźwignąć ciężar międzynarodowej piłki. Nie było po prostu więcej i trzeba było sobie z tym radzić. Tutaj widzę, że jest tyle możliwości. To jest obowiązkiem PZPN, rządu i społeczeństwa, by tym chłopakom pomóc, bo oni na to zasługują.
Co pan ma w tej chwili na myśli?
Futbol to jest zawód. To jest sposób na zarabianie pieniędzy i utrzymywanie rodzin dla wielu młodych ludzi. W społeczeństwie organizowane są szkoły i uniwersytety dla ludzi, którzy chcą się kształcić i robić karierę. Jako lekarze, prawnicy, kierowcy cokolwiek. Rząd i społeczeństwo postrzega to jako swój obowiązek dać młodym ludziom możliwość uczenia się. Futbol to taki sam zawód. Jeżeli budujemy szkoły dla innych, dlaczego nie budujemy dla piłkarzy? Dlaczego rząd się nie angażuje w rozwój piłki?
Zaczyna się pana rozporowa z panem Osuchem…To ilu pan sprzedał piłkarzy?
Do dziś siedmiu, ale teraz pracuje nad dwoma kolejnymi… Nie chcę o tym rozmawiać. Sprawą zajmuje się prawnik, który wie doskonale co robi. Nie mam problemu z tym, że tamten facet wygadywał na mnie jakieś bzdury. W momencie jednak, gdy zaczął sugerować, że jestem zaangażowany w transfery piłkarzy, że mam osobisty interes w powołaniach do kadry, to naprawdę nie wytrzymałem. Nie akceptuje tego.
Kusturica czyli rzecz o Dieguito
Jestem wyznawcą. Totalnym wyznawcą Diego Armando Maradony. W 2007 roku do Polski z swoim zespołem muzycznym – No Smoking Band przyjechał jeden z najlepszych europejskich reżyserów filmowych – Emir Kusturica. Wszystkie możliwe magazyny kulturalne chciały się z nim spotkać i zrobić wywiad o filmach. Tymczasem jak sam Kusturica powiedział, przyjechał do Polski grać muzykę.Nie chciał dawać wywiadów. Zresztą jaką muzykę on grał. Jak Boga kocham – koncert No Smoking był jednym z fajniejszych na jakich byłem. Taka energia, taki żywioł i ten niesamowity kontakt z publicznością. Kto nie był niech żałuje.
Teraz do rzeczy. Wymarzyłem sobie wywiad z Kusturicą. W końcu w momencie jak był w Warszawie jego film o Maradonie był już w postprodukcji. Poza tym niemal w każdym jego filmie było jakieś nawiązanie do futbolu. Nie zgłaszałem się jednak do żądnych menedżerów itd. Po koncercie weszliśmy z fotografem i moim dobrym kolegą Piotrkiem Kuczą na backstage’a. Tam w kanciapce z całym zespołem siedział kolega Kusturicy, a także Kuczy (nie ma to jak znajomości) – Kazik Staszewski. Poprosiliśmy Kazika o wstawiennictwo i Kusturica kazał nam następnego dnia przyjśc rano do hotelu. I mieliśmy ten wywiad!!!
Kusturica był naprawdę mega skacowany. Mega. Ale i tak fanie pogadał, chociaż dość krótko – jakieś pół godziny. Kucza chciał mu zrobić zdjęcie z piłką. Kusturica wziął gałę i zaczął najpierw walić się nią w głowę, później dał pokaz (nieudolnej) żonglerki, a jeszcze później zaczął latać z piłką przy nodze po hallu najbardziej elegnckiego warszawskiego hitelu – Bristol. Wyobraźcie sobie miny tych zakrawacionych ludzi, których mijał serbski wariat. Kozak gość.
Najpierw trailer filmu o Dieguito, poniżej wywiad.
PIOTR ŻELAZNY Czytałem pańską wypowiedź, że futbol to nauka ścisła wymagająca matematycznej precyzji. Dlaczego pan tak uważa?
EMIR KUSTURICA Bardzo często ludzie mówią o głupich piłkarzach. Może ostatnimi czasy już trochę mniej, bo wykształcenie nie jest aż tak ważne jak kiedyś. Zresztą dziś jest znacznie łatwiej zdobyć wykształcenie i pojęcie bycia wyedukowanym się zdewaluowało. W każdym razie gdy ludzie mówią: „głupi piłkarz”, popełniają podstawowy błąd. Piłkarze mogą być niewykształceni, nie są jednak głupi. Większość z nich jest bardzo inteligentna i myśli znacznie szerzej niż nam się wydaje. By grać dobrze w piłkę musisz mieć wewnątrz siebie poczucie przestrzeni, które staje się jednym z twoich głównych narzędzi na boisku. Futbol dla mnie jest miejscem, gdzie spełnia się niewidzialny geometryczny i matematyczny sens świata. Gdy widzisz jak zawodnik dostaje piłkę i szybko kalkuluje – mówię kalkuluje ale dzieje się to za pomocą instynktu i ma na to dosłownie ułamki sekundy – gdzie ją przerzucić, a później widzisz jak zagrana przez niego futbolówka leci 40 metrów, by spaść komuś pod nogi, to wiesz o czym mówię. By zrobić coś takiego musisz umieć myśleć abstrakcyjnie. To naprawdę jest nauka wymagająca matematycznej precyzji.
A jak się zaczęła pańska przygoda z miłością do futbolu? Słyszałem, że w pewnym momencie musiał pan wybierać między piłką a kinem.
To nie do końca tak było. Nie stanąłem przed tak prostym wyborem futbol czy kino, to była znacznie bardziej skomplikowana decyzja: Futbol czy cokolwiek innego. Na szczęście okazałem się na tyle inteligentny, by zdać sobie sprawę z tego, że moja fizjonomia nie predestynuje mnie do zawodowego grania w piłkę. Jestem bardzo wysoki i duży. Stąd miałem ciągłe problemy z kostkami. Cały czas sobie je skręcałem, albo nadwerężałem. Już w wieku juniora miałem ciągłe problemy zdrowotne. Dlatego teraz skupiam się na miłości do piłki, na byciu obserwatorem. Dobrze, że nie robię tego profesjonalnie, zresztą jak się uprawia futbol profesjonalnie łatwo można stracić nie tylko zdrowie, ale i głowę.
Ale zanim pan zrezygnował z kariery zawodowego piłkarza normalnie pan trenował?
Oczywiście. Najpierw byłem juniorem w Żeleznicarze Sarajewo, a później jak już byłem starszy to grałem w czwartoligowym klubie. Powiem szczerze, że miałem znacznie lepsze perspektywy niż wielu innych kolegów, którzy ostatecznie zostali zawodnikami.
Na jakiej pozycji pan grał?
Na lewej stronie pomocy. W zależności od przeciwnika i taktyki byłem albo bardziej lewym obrońcą, albo czasami wręcz lewym napastnikiem. Zaskoczony? Pewnie myślał pan, że skoro taki wielki ze mnie chłop byłem albo stoperem, albo napastnikiem? Kiedyś była wyraźna specyfikacja w futbolu. Obrońcy nie przekraczali linii środkowej boiska, strzelaniem goli zajmowali się tylko napastnicy. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Wszyscy robią wszystkiego po trochu: bronią, atakują, rozgrywają. Od czasu kiedy Maradona w meczu z Anglią przedryblował sześciu przeciwników i strzelił gola piłka się zmieniła. Stała się szybsza i bardziej fizyczna. Za moich czasów każdy zawodnik w czasie meczu przytrzymywał futbolówkę przez trzy-cztery minuty zanim ją w końcu podał. Dzisiaj wszyscy zawodnicy na placu razem trzymają ją w sumie cztery minuty. Przyjęcie, podanie, sprint, przechwyt, podanie. Nie ma holowania i przetrzymywania piłki. Oczywiście w tym świecie dzisiejszej piłki zdarzają się wybitne jednostki, magicy. Ale żaden z nich nie zbliżył się nawet do Maradony.
Skoro już padło to nazwisko. Niedługo wchodzi pana film dokumentalny o tym genialnym Argentyńczyku. Co dla pana znaczyło zrobienie filmu o Maradonie?
Niewiarygodnie dużo. To było coś niesamowitego. Oglądałem mecze z jego udziałem i nie mogłem wyjść z podziwu. To był bez żadnych wątpliwości najlepszy piłkarz w historii. Zdecydowanie najlepszy. Chciałem go pokazać w pewnym duchowym kontekście. Nie jako tego złego człowieka z problemami z narkotykami jak wszyscy chcą go pokazywać i tylko takim już go pamiętają. Oczywiście jest to w filmie zawarte. Ale chciałem pokazać jego naprawdę duże możliwości intelektualne i to jak się zmieniał wraz z czasem. Myślę, że zrobiłem dobrą robotę.
Z tego co widzę jest pan wielkim fanem Maradony?
Ten facet został stworzony przez Boga, by grać w piłkę. Bóg wziął i ulepił ciało doskonałe do tego sportu. Diego jest mały, ale potężny zarazem. Jest szybki i zwinny, przy tym niesamowicie silny. Piłka klei się do jego nogi, jakby sam Bóg ją tam umieścił. Naprawdę patrząc na jego grę miało się wrażenie, że został do tego stworzony. Do futbolu i niczego innego. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Gdy się go poznaje nagle się okazuje, że Diego może być każdym i robić to co mu się podoba. We wszystkim jest świetny. Byłem gościem w jego programie telewizyjnym i naprawdę uważam, że nie ma lepszego gospodarza talk show od niego.
Podobno graliście razem w piłkę na wizji.
Tak graliśmy, ale… no wiadomo o co chodzi. To nie jest normalna rzecz tak sobie pokopać z Maradoną. Diego zdradził mi swój jeden sekret. Powiedział, że nigdy w życiu nie strzelał na siłę. Powtarzał, że piłkę trzeba głaskać, a jak się ją uderza to delikatnie i precyzyjnie. Siła jest niepotrzebna.
Słyszałem też pana wypowiedź, gdzie mówi pan, że gol strzelony ręką Anglikom, dla pana faktycznie pozostał „ręką Boga”.
Co ja mam powiedzieć? Facet, który w taki sposób usprawiedliwia swój strzał ręką. Mówi wszystkim ludziom na całym świecie wprost, że to była ręka Boga, nie może być zwykłym człowiekiem…
Co pan sądzi w takim razie o kościele Maradony?
To potencjalnie wielki ruch religijny. Ale jako, że religia dziś w ogóle przestaje mieć znaczenie, to trudno przypuszczać żeby się w takowy naprawdę przekształcił. Dla mnie to jest jednak niesamowite widzieć jak ludzie w Argentynie uwielbiają Diego. Fantastycznie jest widzieć, że w tym chłopaku ze slumsów Buenos Aires widzą świętego.
A jego zaangażowanie polityczne. Ta walka przeciwko USA. To jest prawdziwe, czy ktoś mu to nakładł do głowy?
Według mnie jest absolutnie prawdziwe. Ma dużą wiedzę, umie argumentować, zna się na sprawie. To fantastyczne widzieć, że mimo iż stał się milionerem nigdy nie stracił ducha slumsów. Zawsze będzie wiedział, czego potrzebują ludzie z Fiorito, czym żyją w danej chwili.
To dlatego tytuł roboczy filmu był ”Nigdy nie zapomnij Fiorito”?
Tak chociaż do kin niemal na sto procent wejdzie po tytułem „Siedem grzechów głównych Diego Armando Maradony”.
Jak pan wpadł na pomysł, by w ogóle nakręcić film o Maradonie?
Co najciekawsze to w ogóle nie był mój pomysł. Ludzie mnie poprosili bym to zrobił. Jeden z hiszpańskich producentów, który wcześniej wyprodukował dokument o Fidelu Castro poprosił mnie bym się tym zajął.
Pański przyjaciel Kazik Staszewski powiedział, że pana życie odmienił podobno mecz Żeleznicara Sarajewo z węgierskim Videotonem. Dlaczego?
To był moment kiedy Żeleznicar walczył o wejście do finału Pucharu UEFA w 1986 roku. Dopadło ich dokładnie to samo, co było zawsze największym problemem reprezentacji Jugosławii. Zawsze po naprawdę zapierającej dech w piersiach pierwszej połowie, przychodziła beznadziejna druga. I to się także zdarzyło w tym nieszczęsnym meczu przeciwko Videotonowi. Żeleznicar prowadził 2:0, a bramkę, która ich wyeliminowała stracił dwie minuty przed końcem meczu. I to z kim? Videotonem. Przecież to zawsze była nic nie znacząca, gówniana węgierska drużynka. Nasz lewy obrońca nie był na tyle świadomy, by pójść do końca za jednym ze swoich przeciwników. To jest cecha całkowicie nie do zaakceptowania dla narodu mającego się za poważny.
Naprawdę na podstawie jednego meczu zmienił pan zdanie o całym narodzie?
No może nie do końca zmieniłem zdanie o całym narodzie. Ale załamałem się i naprawdę uważam to za niepoważne.
Jak już wspomnieliśmy Kazika, to on twierdzi, że jest pan całkowitym fanatykiem piłkarskim.
Byłem kiedyś. Byłem naprawdę absolutnym fanatykiem. Ale dziś piłka już mnie tak nie kręci jak kiedyś. Stała się wielkim biznesem i przemysłem. To już nie jest sport w takim sensie jak kiedyś. Dziś futbolowi jest bliżej do Hollywood.
Któremu klubowi pan kibicuje?
Partizanowi Belgrad.
Nawet jeden z bohaterów pańskiego filmu Życie jest cudem jest piłkarzem Partizana.
To prawda, ale później idzie na wojnę.
Skoro kibicuje pan Partizanowi, to co w takim razie myśli pan o waszym największym rywalu – Crvenej Zvezdzie?
Futbol w moim kraju, mam na myśli ligę, stoi na żenująco słabym poziomie. To jest jakaś piąta albo szósta liga europejska. Podejrzewam zresztą, że podobnie jest w tej chwili w Polsce. Europa nam uciekła. Oni są na etapie industrializacji, my zostaliśmy przy ręcznym wyrabianiu narzędzi.
Czyli nie interesuje się pan serbską ligą?
Interesuje się, ale nie na tyle emocjonalnie, by powiedzieć, że kogoś lubię a kogoś innego nie. Partizanowi kibicuje, bo jestem tak nauczony. Zostało mi to z dawnych lat.
A co pan uważa o kibicach w Serbii. Uchodzą za jednych z najbardziej krewkich na świecie.
Dla mnie to jest ok., jeżeli tą ich energią nikt nie manipuluje. A tak się niestety działo. Wystarczy chociażby wspomnieć odziały Arkana, które odznaczały się w czasie wojny domowej niesamowitą brutalnością, a które składały się z kibiców Crvenej Zvezdy. Problem w tym, że dziś bycie kibicem, chuliganem w Serbii jest niemalże zawodem. Słyszałem, że najlepszych chuliganom Crvena Zvezda zapewnia nawet mieszkania. Taki program lojalnościowy. To jest szalone, ale to też pokazuje najlepiej, że coś się z piłką w ostatnich czasach złego dzieje.
W tej chwili na Bałkanach, futbol bardziej dzieli niż łączy?
Niestety chyba bardziej dzieli. Futbol to potężna siła na której żerują nacjonalizmy i ksenofobia. Tak jak mówiłem to już nie jest sport, tylko czysty biznes.
A biznes zawsze dzieli?
Pewnie nie zawsze. Widzi pan, dzisiaj w XXI wieku na festiwalu filmowym w Cannes od najlepszego nawet reżysera ważniejszy jest L’Oreal, czy inna wielka firma sponsorująca tę imprezę. Michael Jordan uczynił firmę Nike jedną z najpotężniejszych firm na świecie. Dziś jednak więcej dzieciaków kojarzy znak firmowy Nike’a niż samego Jordana.
W prawie każdym pana filmie są jakieś sceny związane albo odwołujące się do piłki nożnej. Niech mi pan powie, czy to wychodzi tak samo, czy pan te sceny planuje, chce w filmach pokazywać futbol?
Konstruuje swoje filmy z motywów i przedmiotów, które mnie zajmują, które mnie pochłaniają. Fabuła jest pretekstem do pokazywania tych motywów, chociaż też jest niezwykle ważna. A ja, mimo tych złych rzeczy które powiedziałem o dzisiejszym futbolu, wciąż jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Wciąż mnie zachwyca i fascynuje. Dlatego naturalnym jest, że znajduje się w moich filmach.
A jaka jest pańska odpowiedź na pytanie, dlaczego futbol jest tak popularnym sportem? Dlaczego tyle ludzi na świecie nie widzi świata poza nim?
Z powodu przestrzeni i czasu. Tu się spotyka perfekcja tych dwóch rzeczy. Piłka musi być zagrywana nogą w przestrzeni 100 na 50 metrów. Mecz trwa 90 minut.
I to wszystko?
Absolutnie.
A nie dlatego, że każdy z nas kiedyś to robił? Nie dlatego, że wystarczy znaleźć puszkę , czy kamień i nagle świat się zmienia w boisko? Spodziewałem się raczej czegoś w tym stylu.
Każdy ma swój styl. To jest inna sprawa, że w piłkę da się grać dosłownie wszędzie i każda chyba osoba na świecie kiedyś grała w piłkę. Ale ja mówię o absolutnie podstawowych sprawach. Przestrzeń w czasie. Piłka, okrąg, planeta. Boisko, talent, prędkość. To już ponad sto lat i nikt nie wymyślił nic lepszego i nie zmienili reguł.
A pan wciąż gra?
Gdy tylko mam okazję.
Emir Kusturica – urodzony w Sarajewie, po podziale Jugosławii nie został jednak Bośniakiem, tylko zadeklarowanym Serbem – jest jednym z najwybitniejszych reżyserów dzisiejszych czasów. Jako jedyny, obok Francisa Forda Copolli, został dwukrotnie uhonorowany Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. Kusturica jako człowiek jest równie wyjątkowy jak jego filmy. Do Warszawy nie przyleciał w roli wielkiego reżysera, tylko gitarzysty zespołu The No Smoking Orchestra. Zespół gra muzykę, którą sami określają jako Unza Unza i jest to połączenie bałkańskiego folkloru z rockiem i punkiem, a każdy koncert jest wielkim show. Dzień po występie w warszawskim klubie Palladium spotkaliśmy się z Serbem w hotelu. Wielki reżyser chociaż był wyraźnie wczorajszy i przemęczony nękającymi go dziennikarzami zgodził się jednak porozmawiać o swojej wielkiej pasji – futbolu. Gdy czekaliśmy na swoją kolejkę jedna z dziennikarek zapytała go co było dla niego pierwsze – film czy muzyka. Kusturica bez chwili zastanowienia odpowiedział – na początku była tylko piłka nożna..
Skorża, czyli z tej mąki będzie chleb
Bardzo szanuję trenera Macieja Skorżę. Naprawdę uważam, że jako jeden z niewielu w Polsce ma to “coś” żeby, któegoś dnia zgłosił się po niego jakiś zagraniczny klub. Umówmy się, że na razie kluby z Zachodu mają naszych szkoelniowców w głębokim poważaniu. Skorża zna języki i cały czas uczy się nowych (podczas tego wywiadu, któy zaraz wkleję dzowniła do niego nauczycielka hiszpańskiego), wciąż jest młody, a już ma wyniki – puchary Polski i Ekstraklasy z Groclinem i mistrzostwa Polski z Wisłą. Jasne, że z Wisłą niby każdy powinien zdobyć w cuglach majstra, ale tak naprawdę Biała Gwiazda nie była ostatnio tak silna, jak nas do tego przyzwyczaiła. O te mistrzostwo trzeba było się tłuc – czasem naprawdę na pięści. Skorża musiał radzić sobie ze skandaliczną polityką transferową swoich szefów i poważnymi brakami kadrowymi. Odważnie i umiejętnie wprowadzał młodych – jak Małecki, Ćwielong, a nawet Boguski (chociaż ten ma 25 lat, ale jest piłkarzem…nazwijmy go niewyeksploatowanym). Szacunek dla Skorży i życzę mu jak najlepiej.
Poniższy wywiad pochodzi z początku tego sezonu – został zrobiony po Barcelonie (przypominam wygrana w Krakowie, a co później Barca zrobiła wiedzą wszyscy), a jeszcze przed Tottenhamem. Zapraszam
PIOTR ŻELAZNY Po takim meczu jak ten z Barceloną można już zakończyć karierę?
MACIEJ SKORŻA ….Hehe….karierę. Po meczu z Barceloną jest duża satysfakcja. Ale szczególnie pierwszy mecz należy potraktować jako wskazówkę w jakim miejscu się znajdujemy. To przede wszystkim ogromny bodziec do dalszej pracy.
Abstrahując od pierwszego meczu. Ograć Barcelonę, trybuny skandujące Maciek Skorża. To trenerski raj?
Trenerski raj to byłby gdybyśmy awansowali do Ligi Mistrzów i w niej wygrywali.
W porządku. Jest to zatem otarcie się o ten raj.
Była to z pewnością jedna z najprzyjemniejszych chwil jaka mi się przydarzyła odkąd objąłem tę drużynę. Dla mnie jako trenera i dla piłkarzy. Zwyciężyliśmy Barcelonę występującą w najsilniejszym składzie, a przede wszystkim zagraliśmy bardzo dobry mecz. To zdarzenie do którego na pewno często będę wracał myślami, ale nie traktuję tego jako punktu kulminacyjnego mojej pracy z Wisłą. Mam nadzieję, że to tylko jeden z etapów i będziemy dalej pracować, budować coraz lepszą drużynę i uda nam się wejść do tej rodziny europejskiej na stałe.
Mówi pan, że pierwszy mecz pokazał w jakim miejscu jesteście. W jakim?
Daleko z tyłu. Spotkanie na Camp Nou pokazało, że by nawiązać walkę z czołowymi drużynami trzeba przede wszystkim zmienić podejście mentalne. Nie możemy przystępować do meczu z pozycji z góry pogodzonych z porażką. Nie możemy być kopciuszkiem przyjeżdżającym na salony, który owszem chce się jak najlepiej pokazać, ale przy okazji nikomu nie nastąpić na odcisk. Największa rezerwa tkwi w głowie.
Ale wypowiedzi przed meczem w Hiszpanii były buńczuczne.
Nie nazwałbym ich buńczucznymi. Chciałem byśmy tam byli sobą. Żebyśmy zagrali tak jak to ma miejsce przeciwko każdej polskiej drużynie. Towarzyszyła nam ogromna presja, ale my nie wierzyliśmy, że tam można wygrać. Gdy oglądałem ten mecz z boku, z boiska wydawało mi się, że biegamy, walczymy, staramy się. Później jak zobaczyłem go na DVD, gdy emocje już opadły, łapałem się za głowę co minutę. Popełnialiśmy strasznie błędy taktyczne, takie które w lidze nam się nie zdarzają.
Podobno gra się tak, jak przeciwnik pozwala.
To taka oklepana formułka, ale jeżeli ktoś gra jako lewy obrońca, to ma się zachowywać jak lewy obrońca. A nie tylko dlatego, że gra z Barceloną nagle stawać się napastnikiem. Przy takiej presji i otoczce spotkania trzeba wytrzymać ciśnienie i robić swoje. Wszyscy mówili, że zagraliśmy bardzo bojaźliwie i defensywnie. A taktyka przygotowana na to spotkanie, wcale tego nie zakładała. Tymczasem my nie byliśmy w stanie być agresywni i grać dalej od własnej bramki. Niektórzy z moich zawodników starają mi się wmówić, że rozmawiali z Danielem Alvesem, czy innymi zawodnikami Barcelony i oni mówili, że na Camp Nou wszyscy tak grają, bronią się, nie są w stanie stosować pressingu. Inni starali mi się wmówić, że tam boisko jest większe niż gdzie indziej. Z tego co wiem wszystkie płyty dopuszczone do europejskich pucharów są zunifikowane i identyczne. Argument wzięty z kosmosu.
Trudno prowadzi się zespół, który jest zdecydowanie najlepszy w Polsce?
Zdecydowanie najlepsza Wisła była w zeszłym sezonie. To nie było jednak łatwe zadanie. Ujmę to w ten sposób: I tak i nie. Generalnie ta szatnia jest bardzo czuła. Trzeba z nimi postępować z dużym wyczuciem.
Bardzo czuła czyli…
Znają swoją wartość. Wiedzą, ze na polskim rynku są unikatami. Inaczej pracowałem w Groclinie, inaczej pracuje w Wiśle jeżeli chodzi o podejście do zawodników. Każda szatnia ma swoją specyfikę. Nie oznacza to, że trener musi się od razu naginać i zmieniać swoje wszystkie zasady, ale trzeba być elastycznym. Natomiast…. boję się o ten sezon. To znaczy boję się… Mam pewne obawy, tak to ujmę.
Za dużo osiągnęli? Myślą, że wygrają wszystko na stojąco?
Nie, nie. Przeciwnicy wyrównali swój poziom sportowy względem Wisły. Myślę, że nie będzie w tym sezonie takiej sytuacji, że jakikolwiek zespół skończy rozgrywki z przewagą 14 punktów nad kolejnym w tabeli. Może to wyglądać tak, że cały czas będziemy blisko siebie. Każdy mecz będzie niósł ze sobą presję. Boję się, że może nam zabraknąć środków.
W jakim sensie?
W sensie argumentów sportowych, zawodników. Cleber ma już trzy żółte kartki. W takim tempie zaraz będzie mieć siedem i dwa mecze pauzy. Kontuzja Arka Głowackiego. Dopiero dochodzi do siebie, może się uraz odnowić. Boję się o to, jak będziemy się zachowywać w dystansie. W zeszłym sezonie już na początku wypracowaliśmy sobie przewagę ośmiu, dziesięciu punktów. Wtedy człowiek nawet podświadomie, wie że może sobie na więcej pozwolić. Zremisujemy, czy przegramy mamy wciąż przewagę. Teraz przy kryzysie, spadku na trzecie miejsce, może to się różnie skończyć. Boję się o jesień. Październik, listopad. Nie mamy zbyt szerokich rezerw.
Wraca temat przespanego okresu transferowego.
(cisza)
Wiele osób mówi, że pan Cupiał inwestuje swoje pieniądze, ale z drugiej strony kupując Wisłę kupił pewne dobro narodowe. Można więc od niego wymagać.
Ale pan to powiedział. Dobro narodowe. Niech pan napisze taki list do Tele-Foniki… Nie wszystko było tak jak to sobie zaplanowaliśmy. Nie zamierzamy płakać jednak nad rozlanym mlekiem i się wzajemnie oskarżać, szukać winnych. Będziemy pracować z takimi zawodnikami jakich mamy. Jestem człowiekiem ostrożnym. Umiarkowanym optymistą. Ale może się zdarzyć tak, jak w zeszłym sezonie, kiedy mieliśmy bardzo mało kontuzji. Graliśmy 13-14 zawodnikami. Jak tak się okaże, to świetnie. Znaczy, że moje obawy były niepotrzebne. Taki mecz z Barceloną dla nas, to są trzy mecze ligowe. Ogromna presja, wysiłek psychiczny i fizyczny. Czeka nas jeszcze dwumecz z Tottehamem. Jak się uda awansować, to kolejne cztery spotkania w grupie. Może się sporo wydarzyć.
Dobrze poinformowani mówią, że w związku z taką, a nie inną polityką transferowa, chciał pan złożyć dymisję.
Nie chcę o tym rozmawiać.
Pan jest dla swoich piłkarzy bardziej psychologiem. Dla tej czułej szatni?
Psychologia jest jednym z ważniejszych przedmiotów podczas studiów trenerskich. Dobry szkoleniowiec powinien mieć chociaż pokaźny zarys, co to jest. Staram się współpracować z profesjonalnymi psychologami. Piłkarze mogą się umawiać na prywatne sesje z psycholożką z AWF. Nie robią tego tak często jakbym chciał, ale u nas nie ma takiej kultury. Zawodnicy z którymi rozmawiam na ten temat się obruszają. Mówią, że oni są silni, że nie potrzebują żadnego psychologa. Ja im mówię: ok., ale możesz być silniejszy. Myślę, że jeszcze do tego dojrzeją. Nie chcę tego robić na siłę. Takie działanie często przynosi odwrotny efekt. Wiem, że każdemu z nich pomogłaby taka dobrze ukierunkowana praca. Najlepszym przykładem pierwszy mecz z Barceloną. Trener nie zawsze ma czas, by poświęcić wystarczająco dużo uwagi jednemu zawodnikowi. Dotrzeć do jego ukrytych pokładów, czasem nie ma umiejętności. Dlatego ja bym bardzo chciał żeby piłkarze korzystali ze pomocy specjalistów. Ale ja to widzę jako pracę indywidualną. Praca z całą grupą powinna zostać w gestii trenera.
Ale przecież piłkarze są tak strasznie zajęci, nigdy na nic nie mają czasu…
Maja mnóstwo czasu. To co staram się robić w Wiśle to, by piłkarze do pewnych rzeczy sami dojrzewali. Chciałbym żeby dochodzili sami do takich wniosków, że gdy na przykład wzmocnią mięśnie brzucha będą mieli lepszy strzał, lepszy start do piłki. Tylko wtedy będzie dobry efekt. Jeżeli ja nakażę mu robić ileś tam brzuszków, to oczywiście on to zrobi. Ale bez zapału, bez wiary w sens tych ćwiczeń. Nie będzie takiego samego efektu. Piłka powoli idzie w tym kierunku, że przygotowanie fizyczne będzie zindywidualizowane. Wielu już zawodników na zachodzie zaczyna zresztą taką potrzebę odczuwać. Zatrudniają prywatnych trenerów.
Wisła w lidze wygrywa wszystko. Nawet przy gorszym dniu. I potem pojawia się problem w europejskich pucharach, kiedy trzeba zagrać inaczej. Czasem gonić wynik. A z taką Odrą Wodzisław to nawet jak piłkarze stracą bramkę, to jakoś te dwie strzelą i wygrają.
Z Odrą akurat nie. To jedyny zespół z którym w zeszłym sezonie nie wygraliśmy. Ale owszem jest w tym dużo racji. Na palcach jednej ręki mogę policzyć mecze, które w zeszłym sezonie zmusiły nas do wysiłku. Często było tak, że ta gra nie wyglądała dobrze. Zawodnicy myśleli, że ktoś te bramkę strzeli. Jak nie Broziu, to Zieniu, jak nie Zieniu, to Cleber. Szczególnie wiosną brakowało tego parcia, żeby być jak najlepszą drużyna, tego parcia na rozwój. Liczyłem, że ten efekt osiągniemy zwiększając konkurencję. Jest w tym dużo racji, że polska liga nie jest poligonem przed europejskimi pucharami. Kogo z polskiej ligi możemy przyrównać do Tottenhamu? Poprzez ligę trudno jest się przygotować.
To co może trener zrobić?
To co zrobiliśmy przed Beitarem i rewanżem z Barcelona. Maksymalna koncentracja i wydobycie wszystkich rezerw. To jedyna droga. Jak na razie nam się to udaje, przynajmniej w meczach u siebie. Trzeba bowiem zaznaczyć, że z tych czterech spotkań pucharowych wyszły nam tylko te w Krakowie. Wisła na wyjeździe to zupełnie niestety inna drużyna.
Ucieszył się pan z losowania? Londyn, mekka futbolu, angielska piłka…
To na pewno najsilniejszy przeciwnik na jakiego mogliśmy trafić. Mecze z Kopenhagą, czy Lewskim Sofia byłyby dla nas teoretycznie, podkreślam teoretycznie, łatwiejsze. Później już jednak po zastanowieniu się ucieszyłem. To będzie niesamowite doświadczenie dla nas. Jeżeli uda nam się wyeliminować Anglików będziemy na ustach całej Europy i to niesamowicie wzmocni ego tej drużyny. Tak do tego podchodzę. To możliwość zyskania czegoś bezcennego. Proszę spojrzeć na to z tej strony. Całkiem realna byłaby taka grupa w Lidze Mistrzów: Barcelona, Tottenham i Beitar. Będziemy grali o awans. Cokolwiek się nie zdarzy zdobywamy ogromne doświadczenie na przyszły sezon. Przy zmianie regulaminu o Ligę Mistrzów będziemy grali z drużynami ze Wschodu. Warunkiem koniecznym jest oczywiście obrona tytułu w Polsce.
Beenhakker bardzo ostatnio chwali Pawła Brożka. Twierdzi, że bardzo się zmienił, że to inny piłkarz. Pan też zauważył, że Brożek z zeszłego sezonu tak bardzo się różni od tego obecnego?
Każdy kto Pawła zna to widzi. To, że nie został powołany na mistrzostwa Europy, było dla niego wielkim ciosem, ale bardzo go zmobilizowało i dało do myślenia. Dojrzał, stał się zdecydowanie bardziej odpowiedzialny. Widzę to w szatni, widzę to na treningach. Wszyscy, którzy są w Wiśle dłużej powtarzają, że nigdy nie widzieli go tak ciężko pracującego. Do tej pory wszystko traktował na luzie, nawet w przerwie meczu potrafił sobie z braciszkiem pożartować, bo to takie charaktery. Teraz to się zupełnie zmieniło. Jest nakierowany na cel. Chce zrobić karierę, grać w reprezentacji i na Zachodzie.
On z kolei bardzo chwali pana. Odważnie na niego pan postawił. Pozwolił mu zerwać z etykietą wiecznego talentu.
Tutaj jest więcej takich piłkarzy, którzy już powinni tę etykietę zerwać i przestać marnować czas. Nie boję się użyć takiego określenia, ale ja braci Brożków w pewnym sensie podziwiam od czasów juniorskich. Ja prowadziłem juniorów Amiki, a Adam Nawałka zmontował tu w Krakowie rewelacyjną ekipie. To była wielka rywalizacja. Ówczesna reprezentacja Polski juniorów, to po połowie była Amika i Wisła. Gdy dostałem propozycję pracy z Wisłą, pomyślałem sobie, że wreszcie dorwę braci Brożków. Oni zawsze w tej młodzieżowej piłce byli perełkami. Obdarzeni nieprzeciętnym talentem. Ale przyszedł czas kiedy się zatrzymali w rozwoju. To był dodatkowy smaczek. Dziś stawiam na Pawła, a on potrafi tę presję udźwignąć. Musi zdać sobie sprawę jednak z jednej rzeczy. Pojawi się w klubie konkurencja. Będzie moment, że pojawi się rywal i Paweł nie może spasować. Nie może sobie pomyśleć: aha on jest lepszy to ja idę na ławę. Musi podjąć walkę. Bo on musi być gotowy na standardy zachodnie. W tej chwili tej konkurencji w Wiśle nie ma. Mam nadzieję, że zmieni się to zimą.
Cały czas wracamy do braku transferów.
No widzi pan. Wracamy.
To prawda, że Guardiola o niego pytał?
Pytał. Wyszedłem zobaczyć, czy polewają boisko, a tam był Guardiola. Zaczęliśmy rozmawiać, pytałem czy mu się Kraków podoba itd. A on zapytał o Brożka. Od kiedy zaczął robić taki postęp, jak on trenuje, jaki ma charakter. Tego typu pytania.
I co mu pan powiedział?
Powiedziałem, że Paweł nie jest zawodnikiem na Barcelonę. Żeby sobie nim głowy nie zawracał, że on jest taki dobry na polską ligę…
Nie powiedział pan tego.
A co pan myśli, że chciałem żeby mik zawodnika zabrał…? Oczywiście, że tak nie powiedziałem. Powiedziałem prawdę. Że wydoroślał, ze lada moment będzie czołowym polskim piłkarzem.
Co pan na to, że wszyscy widzą w panu następcę Beenhakkera?
Hehe… Nie dalej jak kilka dni emu podszedł do mnie starszy pan i powiedział, że to ja przejmę tę kadrę… Nie ukrywam, że jest to miłe i, że mnie to łechce. Nie będę hipokrytą. Wie pan co, na razie nie potrafię sobie wyobrazić lepszego miejsca do pracy niż Kraków. Nie widzę się jeszcze pracującego z reprezentacją. Jest wielu trenerów, którzy bardziej na to zasłużyli.
Na przykład?
Pan Henryk Kasperczak. Oczywiście kiedyś chciałbym dostąpić tego zaszczytu. Wisła jest jednak jednym z nielicznych polskich klubów, który stwarza szansę na grę w Europie.



11 comments